HORSEBACK – Piedmont Apocrypha (Three Lobed Recordings)

Co można powiedzieć o muzyce, która, gdy krąży w słuchawkach podczas długiej jazdy pociągiem, nieświadomie usypia słuchacza w połowie trwania albumu? Albo to bezpłciowość i brak pomysłu zanudza nas do momentu utraty świadomości, albo to coś, co można porównać do szamańskiego transu, stopniowo oddalającego nas od otaczającej rzeczywistości. Nie zamierzam ubierać wstępu w niepotrzebne, wartościujące słowa. Wyprzedzając fakty – nie, w tym przypadku nie chodzi o znużenie.

Najnowsze dzieło Horseback to soundtrack do mojego obecnego stanu ducha, muzyka idealna, jakiej teraz potrzebowałem doznać. Tylko, co w tym takiego niezwykłego? Może to ten minimalistyczny spokój pałający nadzieją, a z drugiej strony trzymający w napięciu, jakby w powietrzu wsiała obawa przed nieznaną katastrofą o apokaliptycznym wydźwięku? Te dwa bieguny stają się jednością, spotykają się w tym samym miejscu by skutecznie igrać z przeciwstawnymi emocjami słuchacza. I nie chcę nikogo przekonywać, bo chodzi tu o kontekst wynikający z praw gatunku, liczy się nastawienie. Horseback już wielokrotnie fundował nam bezkresne horyzonty swych niekiedy monumentalnych kompozycji. To ta głębia jest szczególna, pochłaniająca delikatnie, małymi krokami, aż do momentu utonięcia w gęstej materii albumu.

Enigmatyczny Horseback to przede wszystkim wielkie zaskoczenia i nieprzewidywalne zwroty akcji. Stopniowy i wymagający skupienia rozwój muzycznej fabuły dochodzi do swego kulminacyjnego punktu tym samym rozładowując towarzyszące napięcie. Są to momenty gdy przez nakładające się na siebie elementy dźwięku tracimy orientacje, przez co dochodzi do niepochamowanej euforii i radości płynącej z samego piękna tej muzyki. To strasznie subiektywne, jednak rzadko zdarza się by muzyka w tak perfidny, a za razem dostojny sposób zawładnęła rozsądkiem i emocjami. Dzieje się to szczególnie przy tytułowym „Piedmont Apocrypha”. Na samą myśl o nim dostaję dreszczy – to chyba jeden z wyznaczników muzyki dla słuchacza właściwej.horse2

Co ciekawe, prócz melancholii wychodzącej na pierwszy muzyczny plan ważną rolę odgrywa poczucie grozy. Składa się na nie wiele elementów, jednak najbardziej rzucającym się w ucho jest epizodyczne pojawienie się skrzeczących partii wokalnych, swym brzmieniem i stylistyką pasujących do klimatów black metalowych. To zjawisko znane w muzyce Horseback i choć nie powinno z tego względu robić większego wrażenia, dzięki umiejętnemu wyczuciu momentu jego wprowadzenia utwór nabiera dodatkowej siły przebicia – jakby sam szatan wstępował w te dźwięki.

Stonerowe zapędy także znajdują dla siebie miejsce, wyraźnie przypominając o praktykowanych od lat wpływach (numer „Passing Through”). Po za tym, jako miłośnikowi drone’owych dźwięków, nie sposób odsunąć się od zbędnych, acz instynktownych porównań. Pozornie nie ma to większego znaczenia, jednak gdzieś w głębi chwyta mnie fakt, że słysząc niektóre pętle harmonijnie współbrzmiących ze sobą dźwięków, nasuwa mi się skojarzenie do weteranów z Earth, szczególnie do ich nowszego oblicza. Klimatyczna przestrzeń kojarzy się z wędrówką po ubogich w faunę i florę stepach, podobna sytuacja ma się właśnie w przypadku wspomnianego zespołu. Nawet uderzenia perkusji i poddane wibracji dźwięki gitar przypominają o Earth, co według mnie i moich odczuć sprawia, że opisywany materiał zyskuje na wartości.

I nawet bez tych porównań, czy to niepotrzebnych skojarzeń – ostatni jak dotychczas album Horseback to świątynia dźwięku, której majestat onieśmiela, a z drugiej strony chęć odwiedzenia jej jest tak silna, że z uporem maniaka i zaciśniętą wargą kroczymy pewnym krokiem na spotkanie z nieznanym. Cały haczyk w tym, że nie łatwo opuścić murów wspomnianej konstrukcji, nie łatwo.

Adam Piętak

Sześć