HORSEBACK – Half Blood (Relapse)

Horseback udało się wreszcie stworzyć podkład dźwiękowy do końca świata. O ile jednak taki soundtrack do „Drogi” skupia się na melancholijnym, łzawym pożegnaniu gasnącej ziemi, o tyle „Half Blood” to planeta waląca się wśród dymu, ognia i wrzasków demonów, uwalnianych z Hadesu. Bardzo sugestywny obrazek. 

 

Najnowsze dzieło Amerykanów to 43 – minutowa apokalipsa opisująca po kolei fazy katastrofy, niszczącej świat jaki znamy. Zgodnie z tą zasadą, na pierwszy ogień idą „Mithras” i „Ahriman”. Potężny hałas zwiastuje nadejście końca, zewsząd unoszą się dymy, groza przybiera na sile, to jednak dopiero początek kataklizmu, jego pierwsze symptomy. Tragedia rozpoczyna się wraz z „Inheritance (The Changeling)” (holenderski Gnaw Their Tongues jako żywo…). Teraz już nikt ni ma wątpliwości, że giniemy. Z każdej strony słychać krzyki ludzi, zgrzyty rozwalających się budynków, niedowierzanie przemienia się w przerażenie, strach w rozpacz. To prawdziwe zejście w otchłań…

Kolejne trzy fazy to próba ratowania tego, co jeszcze pozostało, szczypta nadziei –  transowy klimat i powrót w miarę normalnych struktur gitarowej zagłady jest tu dobrą ilustracją. Jednak już „Hallucigenia I” i „Hallucigenia II” pokazują świat dziczejący, w którym budzą się najgorsze instynkty. Zanika humanitaryzm, resztki ludzkości w szaleństwie walczą o to, co pozostało, choć i tak wiadomo, że świat przegrywa. Te dwa kawałki znowu swoją strukturą nawiązują do poszukiwań pana Moriesa, stroniąc raczej od prostych riffów, skupiając się na eksploatowaniu ambientowo – horrorowej przestrzeni, dźwiękowym odjeździe na miarę XXI wieku.

Końcówka płyty to „Hallucigenia III”, z początkiem brzmiącym niczym strojenie się wielkiej, gitarowej orkiestry. Niepokój narasta i wreszcie z tego szumu wyłania się melancholijny obraz deszczowego końca świata, gdzie nikt nie ma już wątpliwości, że to dramatyczny finał.

Muzyczne poplątanie, jakie serwuje Horseback szybko okazuje się być bardzo logicznie poukładanym fragmentem poszukiwań jądra dźwięku. Horseback, bazując na postmetalowych strukturach, wielbiąc majestatyczne, wolne tempa, spaja je całkiem udanie z poszukiwaniami post industrialistów, grzebiąc w mokrej ziemi drone z brzmieniami znanymi z „Filth” Łabędzi. Miesza wszystko, doprawiając iście nihilistycznym klimatem. Nie sądzę, by można było słuchać tej płyty jako pojedynczych utworów, bo wtedy cały klimat gdzieś się ulatnia. Dawkowanie nie ma sensu, tak samo jak oglądanie filmu w kilku podejściach. To trzeba przeżyć za jednym razem. Nie ośmielam się ocenić tej płyty, bo trudno wartościować tak subiektywne, indywidualnie odbierane dźwięki. Każdy sam musi dociec, czy ten halucynogenny substrat jest dla niego…

 

Arek Lerch