HORSE LATITUDES – Awakening (Doomentia Records)

Co jest najważniejsze przy podejmowaniu decyzji o założeniu zespołu? Oczywiście bogaci rodzice. Nie?! No to… wyrozumiali sąsiedzi. Też nie. Ok., zapewne chodzi o pomysł na własną sztukę. Już bliżej, choć w dzisiejszych czasach polega to na wymyśleniu formuły, która przyciągnie zainteresowanie publiczności. Fińskim muzykom z Horse Latitudes to akurat udało się wyśmienicie – zespół tworzy dwóch basistów i śpiewający pałker. Grają…. doom metal. Czy już chcecie usłyszeć to dziwactwo? Jeśli tak, to nadarza się ku temu dobra okazja, bo basowo – perkusyjne trio z Helsinek wydało swoją drugą płytę. Za pośrednictwem czeskiej wytwórni…

 

 

Wprawdzie skład w kontekście muzyki jawi się jako dość dziwaczny, same dźwięki miejscami są bardzo tradycyjnym ochłapem post sabbath’owskiego mędzenia na najwolniejszych obrotach. Dopiero po przedarciu się przez potężną nawałnicę dźwięków zaczyna docierać do słuchającego, że to wcale nie jest taka tradycyjna doom metalowa jazda.

Okazuje się, że użycie dwóch gitar basowych ma sens – dzięki takiemu zabiegowi muzyka jest jeszcze cięższa, bardziej przytłaczająca i grobowa. Zazwyczaj wygląda to w ten sposób, że jeden bas gra bardziej klasycznie, zaś drugi instrument robi sporo zamieszana za sprawą przesterowanego brzmienia. Z tradycyjnego pojmowania tego gatunku wyłamują się te fragmenty, gdzie zespół wchodzi na niemal dronową, jednostajną jazdę, wtedy robi się całkiem ciekawie. Swoje robi też doskonałe, surowe i bardzo naturalne brzmienie. Faktycznie czuć swąd rozgrzanych wzmacniaczy.

Perkusista, z racji swojego zajęcia śpiewa może nie za dużo, ale w kilku miejscach ma ciekawe, melodyjne wejścia („Profane Awakening”) i potrafi nabijać całkiem fajne i w kontekście temp nieźle bujające rytmy. Słuchając muzyki miałem czasem śmieszne skojarzenia, bo np. w takim „Decline of the Ages” muzyka brzmi niczym My Dying Bride z którego uciekli gitarzyści.

Z jednej strony wydaje mi się, że można było wykorzystać takie nietypowe instrumentarium w ciekawszy sposób, jednak próbę połączenia mocarnego doom z lekkim odjazdem instrumentalnym (miejscami wpadającym w psychodeliczny sludge…) można uznać za udaną.  Ciekawy jestem jak taka doom’ka na dwa basy sprawdza się na żywo?

 

Arek Lerch