HORISONT – About Time (Century Media)

Wielka, masywna fala, zwana przez niektórych retro rockiem, zdaje się powoli tracić na sile. Co prawda, nowe nazwy wciąż pojawiają się na rynku z niebywałą częstotliwością. Mimo tego, ciężko oprzeć się wrażeniu, że co dobrego miało się z tego zjawiska dla świata urodzić, już dawno łono matki opuściło. Bo, o ile wyjście z szafy pierwszych dziwaków, dumnie wdziewających sprane dzwony ojców-hipisów i słomiane kapelusze hipisów-matek było jeszcze swego rodzaju ciekawostką, wydarzeniem nawet, tak przyglądając się powstającym ostatnio kapelom, które brzmią i wyglądają, jak świeżo zdjęte z produkcyjnej taśmy, nasuwa się na myśl jedno: kopie kopii. Toż to nawet ciekawostka nie jest, a jeżeli już – jakże smutna. Ale, ale… materiał, który wziąłem na tapetę, nagrany został przez zespół już okrzepły. Bardziej taki od dzwonów i kapeluszy, niż skrojony idealnie na marketingową miarę. Bez obaw zatem, nie ma co spodziewać się najgorszego. Wręcz przeciwnie – byłbym skłonny zaryzykować tezę, że to album klasy, jakiej osiągnięcia przez Horisont nie spodziewał się nikt.

Szwedów zawsze postrzegałem jako grupę, której do ścisłej czołówki nurtu nieco brakuje, ale w skali ogółu wyrasta ponad przeciętność. Ot, muzyka do posłuchania od czasu do czasu, pozbawiona jakiegoś magicznego pierwiastka każącego wracać do tych nagrań częściej. Chociaż w teorii wszystko się zgadzało. Wyrazisty, momentami naiwnie wąsaty wokal. Ciekawe melodie. Solówki ocierające się o błyskotliwość. To jednak wszystko tylko teoria; poszczególne elementy złożone w większą całość nie żarły tak, jak powinny. Zawsze było jakieś „ale”, jakaś rysa na szkle. Na przykład – rzecz częsta – uderzający znienacka motyw, choć sam w sobie naprawdę niezgorszy, to w danym miejscu zwyczajnie niepasujący. Albo równie częste, koszmarne, niemożliwie wysokie zaśpiewy wąsacza przy mikrofonie, mimowolnie kierujące rękę niebezpiecznie blisko przycisku „stop”. A przecież jeszcze przed sekundą było tak przyjemnie… Jak widzicie, moje odczucia dotyczące Horisont były dość ambiwalentne. Jeśli przyjaźń, to raczej szorstka. I nawet stwierdzenie, że czegoś zespołowi brakowało, byłoby w tym przypadku nie na miejscu, bo problem tkwił właśnie w delikatnym przeładowaniu treścią.Horisont

Ostatnimi czasy moją konsternację pogłębiły zalotne spojrzenia kapeli w stronę kosmosu. Nie będę ukrywał, że nie pasowała do nich ta estetyka. Szwed na księżycu – cóż to w ogóle za pomysł?! Z tym większym zaciekawieniem przyjąłem liczne, pełne zachwytu opinie na temat „About Time”. Co oni mogli takiego wykombinować? Ano, dokonali rzeczy z pozoru tylko prostej, w rzeczywistości natomiast niemal niemożliwej: będąc zespołem dojrzałym, o, wydawałoby się, określonych przyzwyczajeniach, podjęli się operacji na twardej, skostniałej tkance i wraz z piątym (!) albumem dokonują kroku milowego. Nie ma on, bynajmniej, nic wspólnego z żadnymi eksperymentami. Po prostu, czasem prościej znaczy lepiej. Cieszy, że w końcu to dostrzegli. Pozostawili więc świetne melodie i chwytliwe refreny, umiejscawiając je w do bólu uproszczonych strukturach. Efektem jest chyba najlepsza w karierze Horisont płyta. Nie da się uciec od wrażenia, że do takiego nieskomplikowanego grania są wręcz stworzeni. Potwierdzeniem reguły jest – jakżeby inaczej – wyjątek, w tym wypadku: utwór tytułowy, który wspaniale kontrastuje z bardziej zwartymi numerami. A co wcześniej? Między innymi „Letare, kto wie, czy nie najlepsza piosenka, jaką Szwedzi do tej pory spłodzili. „Night Line” z melodiami, które zostają w głowie na długo. Galopujący „Boston Gold”, w którym muzycy po raz kolejny dają dojść do głosu swoim heavymetalowym ciągotkom. Co najważniejsze, nie ma na tym krążku mielizn czy momentów wprawiających słuchacza w zakłopotanie. Jest za to sporo nieskrępowanej, rock’n’rollowej radości i odrobina nieodzownej skandynawskiej melancholii. Zobaczymy, jak „About Time” zniesie próbę czasu; na ten moment wydaje mi się, że Horisont do poziomu szczytowych dokonań Graveyard czy The Devil’s Blood mimo wszystko nie dorównali. Nie zmienia to faktu, że stworzyli płytę najwyższych lotów, a wzrostowa tendencja pozwala mieć nadzieję, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.

Adam Gościniak

Cztery i pół