HOLY DEATH – Triumph of Evil? (Witching Hour)

Kiedy jest mowa o żelaznej klasyce polskiego black metalu, Holy Death wymieniany jest z szacunkiem i pomrukiem uznania „za zasługi”. Nigdy jednak nie jest to zespół, którego nazwa pada w takiej dyskusji w pierwszej kolejności. Na taki a nie inny obrazek złożyły się różne kwestie – lepsze i gorsze albumy, zmiany składu i muzyka, która przeważnie nie sklejała się z aktualnymi trendami. Faktem jest, że kiedy polskie podziemie blackmetalowe knuło wojnę, sporządzało listy wrogów i zamawiało pięć piw, Leszek Wojnicz-Sianożęcki obrabiał swoje poletko, tworzył metal i pisał o nim. Czas, by sprawiedliwość dziejowa nadeszła w postaci prawilnej reedycji tego albumu Holy Death, który chyba nie tylko przeze mnie uznawany jest za najlepszy w dorobku zespołu.

W swoim czasie, a był to rok 1996, „Triumph of Evil?” zaliczył slalom zakończony na drzewie, którym okazała się nieszczęsna współpraca z Head Not Found. Historie ze zdublowanymi utworami czy tytułem „To The Christmas” zamiast „To The Christians” poniekąd sprawiły, że płyta uchodziła za „spinaltapową” anegdotę. Kontekst epoki był taki, że wiatr wiał na przemian z Bergen i Wrocławia, a zespoły, które nie wpasowywały się w „bzycząco-zimową” estetykę lądowały na aucie (Pandemonium, Taranis) albo zaczynały grać bardziej „norwesko” (Behemoth po „The Return of the Northern Moon”). Tymczasem Leszek i koledzy – kto tam akurat w Holy Death grał – twardo obstawali przy brzmieniu, które nie przewidywało kopiowania Burzum i Graveland, co wyrzuciło ich trochę na margines. Dziś brzmi to zabawnie, ale takie były czasy i nikomu nie przyszło do głowy śmieszkować. I nawet, jeśli taka „wierność ideałom” nie zrobiła z zespołu gwiazdy pierwszego formatu, to czas okazał się dla „Triumph of Evil?” bardzo łaskawy. Muzycznie Holy Death kłania się w pas Bathory z epoki tuż przed transformacją ustrojową („Under the Sign…”, „Blood, Fire, Death”) i black-doomowym klimatom z dwóch pierwszych płyt Samael. Mimo pewnej przaśności, którą słychać z perspektywy prawie dwudziestu lat (klawiszowe plamy, damskie zawodzenie, dziwaczne interludia), sednem cały czas pozostaje helwecko-greckie smołowanie popychane naprzód marszowym rytmem a’la „epickie” Bathory. Na tle popularnej wówczas quasisymfonicznej papki z jednej strony i krzywego pogańskiego rzępolenia z drugiej, „Triumph of Evil?” wypada świetnie ze swoimi prostymi, ale dobrymi pomysłami. Brzmi również przyzwoicie, co w epoce dominacji Manek Studio i Warrior Studio nie było takie znowu oczywiste. OK, bębny (pady?) miały pewnie nawiązywać do „hammerheartowego” patosu i stąd to podbicie, ale cała reszta ma odpowiednie proporcje, ze wskazaniem na świetnie brzmiący bas – instrument nieznany wówczas większości nastoletnich kapłanów Czarnej Sztuki.

Było hord wiele, a każda z nich była najprawdziwsza z prawdziwych. Dwadzieścia lat później większość z nich straszy najwyżej poziomem z kasetowych ripów na jakichś tematycznych blogspotach. Holy Death też nie pasuje do współczesności, ale doskonale broni się dobrą muzyką i tą samą energią i klimatem, jakie miały pierwsze nagrania Hellhammer, Samael i Necromantia. Jasne, że „Triumph of Evil?” jest naiwny i nawiedzony, ale czy nie na tym polega urok „tamtego” black metalu? Czy nie tego w nim szukamy? Można się z tego śmiać pod żółknącym od fajek wąsem, ale to jak nabijać się z własnych zdjęć z wczesnego liceum. Włosy ledwo za uszy, za duża koszulka Satyricon na suchej klacie, gładkie – nie licząc pryszczy – policzki. „Naprawdę chodziłem w glanach?!” – łapiemy się za zakola, by po chwili pomyśleć „kurwa, ale fajnie wtedy było” i odpalić jakiś album z tamtych czasów. Z płyty kompaktowej, na które dziś już nas stać. Holy Death nada się idealnie.

Bartosz Cieślak

Pięć