HIGHLY SUSPECT – The Boy Who Died Wolf (Sony Music)

Nie lubię takich odgórnie ustawianych zależności. Odpowiedź na to czy tamto, nowa rewolucja, ble, be… Prawdziwe rewolucje nie potrzebują marketingu. Zatem… amerykańska odpowiedź na Royal Blood i jej drugi krążek to dobry powód by zastanowić się nad kondycją gitarowego grania w 2016 roku. I nie chodzi mi wcale o to, że chcę się pastwić nad tym krążkiem, bo ten jest po prostu bardzo dobry, chodzi raczej o to, jak mocno trzyma się muzyczny kanon, mimo zmieniających się mód.

Być może Highly Suspect byliby bardziej modni, gdyby występowali w duecie. Ale trio to też dobra opcja, zresztą, sam uważam, że w takim układzie, przy odpowiednim przygotowaniu muzyki można sponiewierać słuchacza. I tu mam jedyny problem z drugim krążkiem Amerykanów – nie widziałem ich na żywo, a tego typu muzykę najlepiej tam oceniać. W wersji studyjnej, w pojedynku starego z nowym, udało się trójce muzyków wyjść z twarzą. Z tym, że stare w tym przypadku nie oznacza czegoś z okolic 1960 roku, ale… raczej okolic debiutu „Nevermind” Nirvany. To moment przejściowy, filtrujący pomysły, bo przecież na tej płycie znalazłem też odniesienia do starego dobrego Led Zeppelin („Serotonia”). I żeby dokończyć ustawianie kontekstu, dodamy jeszcze Queens Of The Stone Age („Posters”). Punkty odniesienia zostały wyznaczone.hs-band

Highly Suspect to młody zespół, w którym buzuje energia. I to słychać. A w zasadzie słychać, że ktoś mocno z zespołem popracował, bo jest tu sporo momentów, które bez obróbki – a w zasadzie pracy z producentem – mogłyby zabrzmieć zbyt przesadnie. Wprawdzie pojawia się trochę patosu („My Name Is Human”), ale całość jest zagrana bezpretensjonalnie, z zachowaniem umiaru. Nikt tu się nie wychyla, słychać zwarty team a nie nabuzowanych adrenaliną młodziaków. Cały czas jęczę o tej młodości. No bo jest to główny argument i siła tego zespołu. Widać i słychać, że im się chce, że nie odpuszczają; świadczy o tym chociażby fajny patent z wkładki – zamiast tekstów są opisy historii, kryjących się za każdym kawałkiem. I to jest bardzo dobre, punkowe rzekłbym wręcz. „The Boy Who Died Wolf” ma wszystkie cechy potrzebne by odnieść sukces. Kiedy trzeba, lepi się do  ucha jak miód (nirvanowaty „Little One”, czy murowany hit „For Billy”), zespół potrafi obić się o niemal hip-hopową narrację w „FWYT” a z drugiej strony flirtować z bardziej rozbudowanymi, „starymi formami” w „Wolf”. Można na płycie odkryć także westchnienie w stronę garażu, do którego pewnie już nie wrócą (surowy, może nawet nieco zgrzytliwy song „Viper Strike”). A dla odmiany, coś w temacie ballady – sentymentalny „Send Me An Angel” i klasycznie łzawy, oparty na fortepianowym podkładzie, ładnie zaśpiewany „Chicago”.

Szybko mija ta płyta. Ale to dobrze. Podoba mi się przede wszystkim spore zróżnicowanie materiału, fakt, który odróżnia produkcję światową od podziemia. Tu nie użyjemy raczej słówka „zwarty” czy „jednorodny”, nie chcąc obrazić muzyków. W przypadku „The Boy Who Died Wolf” mamy dobrze zaplanowaną, dynamicznie poprowadzoną narrację. Na szczęście, na tyle dyskretną, że nie zakłóca rockowego zgiełku i wrażenia autentyczności muzyki. Można im uwierzyć, choć trzeba też mieć świadomość, że „The Boy Who Died Wolf” nie stanie się nowym „Nevermind”. XXI wiek nie toleruje rewolucji w kulturze.

Arek Lerch

Pięć