HIGH SPIRITS – 2013 (High Roller Records)

Kiedy myślę o niesprawiedliwości losu, pierwszą rzeczą przychodzącą mi na myśl nie są głodujące dzieci, ani tytułowy bohater serialu „Jan Serce”, ale zespoły takie jak High Spirits. Nie mam pojęcia ilu spośród czytelników Violence słyszało debiutancki „Another Night”, ale nie zdziwiłbym się, gdyby byłoby to raptem kilka osób. Albo nikt. Można powiedzieć, że nic w tym dziwnego, bo High Spirits to żadna ekstrema i ciężko wcisnąć ich pomiędzy łamańce Converge, a smolisty wyziew Cultes Des Ghoules, ale na naszych łamach pojawiał się już Closterkeller, Jelonek, a nawet Janusz Radek, więc jak najbardziej na miejscu wydaje mi się napisanie kilku słów na temat nowej EPki zespołu w pięknym stylu pielęgnującego rockową tradycję. Tym bardziej, że stoi za nim Chris Black, znany między innymi z recenzowanego tu niedawno Superchrist, Dawnbringer i Nachtmystium.

Słucham sobie tych nagrań i myślę, że w lepszych dla rocka czasach prawie każdy z tych kawałków mógłby być radiowym przebojem. Czysta magia wylewa się z tych dźwięków, aż chce się pośpiewać razem z Chrisem i potupać nogą do rytmu, albo pograć na niewidzialnej gitarze. Gdybym miał szukać jakichś punktów odniesienia, to wymieniłbym Blue Öyster Cult, Boston, Thin Lizzy (początek „Be My Shelter”), a nawet Mötley Crüe, bo i takich elementów można się w tej muzyce doszukać. Duch rockandrollowej zabawy łączy się tu z nutką melancholii i jakkolwiek nie jestem wielkim entuzjastą zespołów retro, tak w przypadku High Spirits chodzi o coś więcej niż tylko o nostalgię. To już nie tyle grupa rekonstrucyjna, co zespół naukowców z Parku Jurajskiego wskrzeszający dinozaury rocka i wypuszczający je na wolność by terroryzowały rozhisteryzowane fanki Justina Biebera. A tak naprawdę za tymi nagraniami stoi podobno tylko jedna osoba, więc czapki z głów, panie i panowie.

Tym niemniej talent i pasja to jeszcze nie wszystko, co potrzebne by osiągnąć sukces, więc im więcej osób usłyszy o High Spirits, tym lepiej. O jakości tej muzyki każdy może się bez problemu przekonać, bo wszystkie nagrania udostępniono do odsłuchu na zespołowym Bandcampie. Do tego w kwietniu wyruszają na krótką trasę po Europie (w tym przypadku Chris będzie się już chyba musiał posiłkować pomocą kilku innych muzyków), więc jeśli ktoś mieszka w Belgii, Holandii, Niemczech lub Anglii, albo lubi podróżować, to może się przekonać jak te utwory wypadają w wersjach koncertowych. Sam zresztą chętnie bym to zrobił, ale póki co poprzestanę chyba na kolejnym odsłuchu „2013” w domowych warunkach.

Michał Spryszak

Pięć i pół