HIGH ON FIRE – De Vermis Misteriis (E1 Music)

Okazuje się, że po odejściu z Relapse i wskrzeszeniu Sleep, Matt Pike znalazł jeszcze dość energii, żeby przygotować bardzo dobry album High On Fire. Tym razem mniej metalu a więcej jak najlepiej rozumianego noise i syfu. W najlepszej tradycji minionej dekady.

Najbardziej cenię High On Fire za „Death Is This Communion”.  Zdziwiłem się, kiedy odeszli z Relapse, zaskoczył mnie też powrót flagowego okrętu Matta, czyli dooooomowego Sleeeeep. Nowe dzieło High On Fire jest tu raczej odskocznią, choć, np. „King of Days” czy „Warhorn” zdradzają, że Matt znowu pogodził się z dziedzictwem Black Sabbath. To jednak tylko mały wtręt, bo w pozostałych utworach dzieje się zdecydowanie inaczej.

Rozpocznę od najlepszego moim zdaniem „Fertile Green”. Taki High kocham najbardziej. Na początek plemienne bębny a potem nieco szybkości, mocny riff i gęste, zakręcone łojenie. Histeryczne, zdecydowane granie. Zespół sięga jeszcze dalej w ekstremę – „Spiritual Rites” to black metal ożeniony z d – beat’em, mordercza, podwójna stopa i wokalne harakiri. Dla odmiany „Samsara”, oparta na miarowym, blues’owym groove jest bardziej klasyczna i wyciszona. Co mamy poza tym – brutalny sludge w „Serums of Liao” i ukłon w stronę „bezrefrenowych” aranżacji z lat 90 – tych w kawałku tytułowym. Wszystko utrzymane w drewnianym, zakurzonym sosie brzmieniowym wykreowanym przez mistrza Kurta Ballou.

High On Fire sprawnie porusza się we współczesnych meandrach mrocznego, nieco topornego i średnio wyrafinowanego grania, moszcząc sobie gniazdo w mało komfortowym przecięciu hałasu, produkowanego w wymienionej gdzieś wyżej, złotej epoce i współczesnymi, zwyrodniałymi afirmacjami amerykańskiej tradycji. Ta ostatnia została podana w krzywym zwierciadle i zarzygana wokalnymi popisami Matta, którego zdarty, „brylantowy” ryk powinien zostać ubezpieczony na dużą sumkę monet. Nie każdy może wydobyć z gardła takiego potwora. Jeśli kochacie Cough, pamiętacie o Killdozer i lubicie Janitor Joe, powinniście do menu dopisać „De Vermis Mysteriis”.

 

Arek Lerch