HEY COLOSSUS – The Guillotine (Rocket)

Czternaście lat istnienia i czternaście płyt. Brytyjska grupa Hey Colossus pochwalić się może zadziwiającą płodnością, chociaż modni teraz Australijczycy z King Gizzard nad the Lizard Wizard z dorobkiem 10 płyt na siedem lat grania słysząc te zachwyty zapewne jedynie uśmiechają się pod nosem. No, King Gizzard postawił na ilość, nie odpuszczając przy tym jakości. A jak jest z Hey Colossus?

Na początek: ciekawostka. Kiedy wejdziecie na oficjalną stronę grupy w celu pobieżnego choćby obadania tej jakże przepastnej dyskografii, zawiedziecie się. Panowie umieścili tam tylko dwie płyty, dodając krótką adnotację, dzięki której możemy dowiedzieć się, że co prawda krążków udało się wydać trochę więcej, ale wrzucanie tych wszystkich nudnych informacji na stronę to zajęcie straszliwie upierdliwe, a więc nie dla nich. Poza tym Hey Colossus nie bardzo umie w komputery, więc poszukajcie sobie, głodni wiedzy fani, wszystkiego na własną rękę, np. na Discogs.Najwyraźniej panowie nie chcą tracić cennego czasu na nudne czynności, a wolą w tym czasie nagrywać muzykę. Colossus

No i nagrali. „The Guillotine” to rozwinięcie formuły z dwóch poprzednich, wydanych w 2015r. płyt – „Radio Static High” oraz „In Black and Gold”. Tym razem jest więcej transu i mroku i ciężaru, aczkolwiek do hałaśliwego „Cuckoo Live Life Like Cuckoo”, albumu sprzed czterech lat, jeszcze daleko. Brytyjczycy starają się przytłoczyć słuchacza gęstą, hipnotyzującą atmosferą. „Honest To God” zachwyca pełnym przestrzeni brzmieniem i intryguje nietypową melodią – zapada w pamięć jeszcze bardziej niż singlowy, wpadający w ucho „Englishman”. Łączy oba kawałki bardzo przyjemny, wychylający się do przodu groove.
Poza tym na „The Guillotine” znajdziemy też niemalże post-rockowe momenty z melancholijną atmosferą a’la The National („Calenture Boy”), The Stooges w transie („Back In The Room”), czy Queens Of The Stone Age z okresu „Era Vulgaris” (refren w „In a Collision”). Miszmasz nad wyraz udany, a do tego trzymający się kupy. Wszystkie utwory mają wspólny pierwiastek w postaci transu i ni to melancholijnej, ni to schizofrenicznej atmosfery, która nie pozwala o „The Guillotine” zapomnieć. Krążek bardzo udany – nadaje się do zdychania w upałach, jak i na jesienną deprechę. W najbliższych dniach raczej to pierwsze, ale nie zapomnijcie o nim za kilka miesięcy.

Paweł Drabarek

Cztery i pół