HEY – Błysk (Kayax)

Nowy album Hey jest dokładnie taki jak zaprojektowania przez Macieja „Morettiego” Morusia okładka. Intrygujący, niedopowiedziany i momentami bardzo oszczędny. I choć zespół na swojej jedenastej płycie oddala się nieco od eksperymentalnego charakteru dwóch poprzednich krążków, fani „Teksańskiego” nadal nie mają tu czego szukać. To cały czas błysk-otliwy, mocno alternatywny pop rock dla dojrzałego słuchacza.

O tym, że Hey jest fenomenem, nie trzeba nikogo przekonywać. Kariera tego zespołu mogłaby posłużyć za gotowy scenariusz do filmu. Nie wiem, czy muzycy specjalnie tęsknią za siermiężnym grunge – rockiem, który w latach 90. wywindował  ich na sam szczyt ówczesnego biznesu, zakładam jednak, że najlepiej im we własnej, z mozołem wypracowanej niszy. A przecież wszystko mogło zakończyć się bardziej standardowo. Kiedy u schyłku słodkich lat 90. z zespołem pożegnał się Piotr Banach, wszyscy sądzili, że oto zbliża się finał pewnej historii. Zespół podjął rękawicę i zbudował się na nowo, pieczętując rozbrat z polisz rockiem świetną płytą „Echosystem”. Co było potem, wiadomo, bo wszyscy rozpływali się nad krążkiem „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”, choć dla mnie był – i nadal jest – płytą trudną do strawienia. Dzisiaj dużo bardziej liberalnie podchodzę do tej zmiany, bo okazała się nie chwilowym eksperymentem a raczej świadomie obranym kierunkiem, który z małymi modyfikacjami i pomocą mistrza Marcina Borsa jest kontynuowany do dnia dzisiejszego.20160411_ZUZA_KAYAX_HEY_0195

„Błysk”, choć tu i ówdzie słyszy się o porzuceniu eksperymentów, specjalnego wyłomu w wizerunku grupy nie czyni. Zespół pożegnał się z rockiem dawno temu, uwielbia bawić się dźwiękami, Bubek pogodził się z faktem, że jego bębny zawsze będą wywracane do góry nogami a Nosowska… jak to Nosowska, śpiewa te swoje niewygodne i raczej smutnawe, pełne świetnych metafor teksty. „Błysk” to także duża (a może momentami za duża?) oszczędność aranżacyjna. Czasami struktury instrumentalne są sprowadzane do pojedynczych dźwięków, które mają jedynie podkreślać tekst, zazwyczaj zaś jest to zabawa brzmieniem i często nietypowymi rozwiązaniami jeśli chodzi o rejestrację czy użycie instrumentów. W zestawieniu z „Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan” nowa płyta nie przedstawia się też jako specjalny powrót do piosenek. Być może w warstwie melodycznej więcej tu po prostu przystępniejszych linii wokalnych, jednak jako całość spokojnie może stanąć koło swojej poprzedniczki. Co ciekawe, cały czas wyraźnie słychać, że muzycy bardzo uważnie przyglądają się, co w alternatywie piszczy i wybierają z tego bajzlu elementy, które pasują do ich układanki. Nie chcę pozbawiać nikogo przyjemności, bo uważny słuchacz wychwyci tu kilka ciekawych fraz, puszczających oko do modnych obecnie duetów. Z drugiej strony, gdzieś obija się echo PJ Harvey, pojawi się czasami mocniejszy riff a la J. Homme, to znowu analogowe syntezatory przyjemnie mruczą, otulając głos Nosowskiej ciepłym plastikiem. Bez wymieniania poszczególnych numerów – dostajemy solidny, dopracowany materiał, który zaprojektowany został tak, by dojrzewać dopiero podczas koncertów. Hey nadal w formie.

Arek Lerch

Pięć