HEXEN – Being and Nothingness (Pulverised)

Nie przepadam za płytami, które pośród nijakich riffów i wtórnych pomysłów potrafią przemycić kilka naprawdę fajnych rozwiązań. To po prostu dowód na to, że potencjał zespołu i – być może – większa liczba dobrych pomysłów zostały zmarnowane. „Being and Nothingness”, drugi album amerykańskiego HeXen, jest tego wybitnym przykładem.

Z pewnością, słuchając przeszło 50 minut muzyki kwartetu, jak na dłoni widać jak potężnymi umiejętnościami legitymuje się cały zespół. Granie melodyjnego thrashu z wyraźnymi naleciałościami progresywnymi nie należy do rzeczy łatwych, a nagromadzenie technik gitarowych na „Being and Nothingness” jest naprawdę porażające. W kwestii melodii dzieje się tu naprawdę sporo i niejeden herbatnik zmoczy pieluchę słuchając wykręconych propozycji „Grave New World”, które w thrashową sieczkę umiejętnie wplata pachnące odrobinę Necrophagist gitarowe zawijasy. Cóż jednak z tego, skoro płyta brzmi strasznie wtórnie – począwszy od niepotrzebnego instrumentalnego otwieracza, a kończąc na rozwleczonym (ponad kwadrans!) i przepitolonym (mimo kilku fajnych, bardziej klimatycznych melodii) „Nocturne”, który wieńczy to przeciętne dzieło. Pal sześć sam sound – mechaniczny, przeprodukowany, zabity triggerami i obróbką w studio, ale tutaj po prostu ciekawe pomysły unicestwione zostały przez gitarowe galopady, z których każda kolejna brzmi gorzej. Chyba dlatego najokazalej wypada początek płyty ze wspomnianym „Grave New World” na czele. Jest jeszcze nieco „megadethowy” (połowa lat ’90.) w strukturze i melodiach „Defcon Rising” i snujący się gdzieś bliżej końca płyty „Indefinite Archetype”, numer wolniejszy, bardziej miarowy i klimatyczny, z wtrąconym w środku gitarowym szaleństwem. Jak widać – można, a recepta wydaje się banalnie prosta. HeXen postawił jednak na mechanikę produkcji i atakowanie wtórnymi, agresywnymi motywami. Przez to wyszło jednostajnie i trochę nudno.

Mam za sobą wiele przesłuchań „Being and Nothingness” i dochodzę do wniosku, że płytę wyróżniają jedynie popisy duetu gitarzystów Dorian – Tavaratsyan. I może to właśnie dla nich warto dać Amerykanom szansę? Bo przecież nie dla drugiej płyty, którą wydali pod szyldem HeXen, ani dla anty-organicznej produkcji, która zabiła thrashowy spontan…

 

Dooban