HEX – Hex (Hummus Records)

Szwajcarski H E X to dla mnie twór bardzo anonimowy, a przy tym całkiem niecodzienny. Pochodzący z Genewy kwintet obraca się bowiem w środowisku muzycznym, które dla mnie nie jest raczej tym naturalnym, ale być może dzięki temu okazało się ono być nieco bardziej intrygujące. Z drugiej strony H E X to nie jest zespół, którego muzyka łagodziłaby obyczaje. To – jak to w sumie najczęściej bywa z recenzowanymi przeze mnie pozycjami – album mroczny i niekoniecznie łatwy. Idealny wręcz, żeby z impetem wyrzucić ze świadomości coraz śmielej pukające lato.

Naznaczona industrialem elektronika H E X może robić wrażenie. Trudno nazywać te dźwięki osobistymi – łatwiej natomiast odnieść wrażenie, jakoby muzycy chcieli przerazić słuchacza monumentalnym mrokiem. Jeśli Szwajcarzy przywołują diabła, to skurczybyk w niczym nie przypomina wiejskiego czorta. Ten szatan ma prawo przerażać. Mimo wszystko, tak jak chociażby w otwierającym „Metaheaven”, nie zawsze udaje się uciec od pewnego banału, w tym przypadku wyrażającego się chyba zbyt nachalnymi partiami syntezatora. Ten czteroutworowy album wydaje się być nieco lepszy w drugiej połowie, gdy nieco więcej miejsca dostaje oniryczny głos Laure Betris. To właśnie on, kreśląc melodyjne rysy na monolicie gitar, ciężkich beatów i wyrazistych syntezatorów, nadaje muzyce H E X chociaż odrobinę ludzkiego pierwiastka. Już w „Collider” wkrada się więcej przestrzeni, jednak pełnię możliwości Szwajcarów prezentuje ponad dziesięciominutowy „Process”. Z jednej strony dość umiejętnie budują klimat za pomocą nieco bardziej przestrzennych syntezatorów, z drugiej w odpowiednim momencie potrafią nadać swojemu brzmieniu bardziej agresywnego charakteru. Opierając się zatem na stosunkowo wyeksploatowanych patentach, H E X tworzy coś… Nie, na pewno nie nowego, nie jestem nawet pewny, czy coś wyraźnie swojego. Tworzy jednak intrygujący, głęboki i monumentalny klimat, pełen poczucia strachu, wyobcowania i pustki. Całość troszkę jakby zahaczała o soundtrack, bardziej chyba gry komputerowej niż filmu, ale bez wątpienia o jednoznacznie sugestywnym charakterze. Ta muzyka ma przerażać i faktycznie, parę razy może Wam postawić włoski na karku.Band

W pewnym sensie jako potencjalnego fana H E X widzę wielbiciela chociażby Perturbatora, ale propozycja Szwajcarów jest jednak dużo mroczniejsza i potężniejsza. Mimo wszystko, coś dla siebie mogą tutaj znaleźć też typowi fani metalu, zwłaszcza tego o nieco progresywnym zacięciu. Przede wszystkim jednak, debiutancki album H E X to całkiem niezła alternatywa dla tych ludzi, którzy nie boją się dźwiękowych dreszczowców. To raczej thriller z trudną zagadką niż horror z lejącą się posoką, ale po seansie coś jednak siedzi w głowie. Chyba niepokój. Tak, to dobre słowo.

Michał Fryga

Cztery