Herratik – Compromise Gone (Battlegod)

Być może są wśród was prawdziwki, które pamiętają, że swego czasu na Antypodach całkiem zgrabnie radził sobie niejaki Abortus. Cóż, chłopaki zwinęli żagle po dwóch płytach i przedzierzgnęli się w Herratik, który właśnie wypluł z siebie krążek numer dwa. Żeby się do niego przekonać musiałem naprawdę mocno rozkręcić potencjometry mojego wysłużonego sprzętu.

„Compromise Gone” nie da się po prostu słuchać cicho. Bez odpowiedniego natężenia dźwięku płyta ta traci co najmniej połowę siły rażenia, męczy strasznie mechanicznym biciem perkusji, chaotycznie brzmiącymi gitarami i zbyt zwięzłymi kompozycjami, które nie dają miejsca na jakąkolwiek koncentrację uwagi. Cóż, „Reign in Blood” z dwójki Australijczyków nigdy nie będzie, ale przy sprzyjających warunkach naprawdę dobrze macha się do tego głową, niezależnie, czy są to rock n’ rollowe czy wręcz motorheadowe tempa „End of Compromise” i „Filth in Numbers” czy może rozpędzony na amerykańską modłę „Enough”. Numery są stosunkowo proste, ale nieźle rozłożone akcenty i klasyczne dla thrashu melodie udanie wzbogacają te zdawałoby się banalnie proste struktury. Ba, momentami mam wrażenie, że albo ciągną w zbyt melodyjnym kierunku, albo niepotrzebnie starają się wrzucić do swojego thrashowego wora zbyt dużo death metalu. A wystarczy, że tak jak w „Closed Book… Opened Wrist” pobawią się trochę konwencją. Może trochę niepotrzebnie tu i ówdzie rozchodzi się zapach szwedzkich lasów (np. „Good Things Come to Those Who Hate”), ale generalnie nie psuje to dość przyzwoitego wrażenia, które odnoszą obcując z „Compromise Gone”.

Australijczycy nie grają thrash/death metalu, który lubię najbardziej. Ta trochę zbrutalizowana forma nieco nie potrafi znaleźć swojego własnego charakteru. Ot, takie czerpanie ze sprawdzonych wzorców, które przypadną do gustu szerokiej publiczności. Nie każdy element tego krążka do mnie trafia, a do tego na pewno nie powiem, że to – jak sugeruje tytuł – album bezkompromisowy. Ale to zostawiam już sumieniom muzyków. W końcu to ich autorskie dzieło.

Dooban 4