HEROES GET REMEMBERED – No Mirrors, No Friends (Fonobo/MTJ)

Zawsze szanowałem zespoły, które odważyły się wyjść ze swojej strefy komfortu i zbudować muzyczną wizję zupełnie od nowa. Nie wiem, czy w przypadku HGR możemy mówić o 100% wolcie stylistycznej, fakt jednak pozostaje – nowa, druga płyta kojarzonej dotychczas ze sceną szeroko pojętego hardcore’a grupy to chyba pierwszy w Polsce, niemal 100% nu gaze’owy krążek. Dodam jeszcze, że bardzo udany, nie-wymęczony i mający wszelkie atuty, by spodobać się nie tylko fanom depresji i tabletek przeciwbólowych.

Cała scena nu gaze/shoegaze itp. jest oczywiście tworem dość iluzorycznym, bo równie dobrze mógłbym nazwać muzykę HGR  dream popową alternatywą czy neo psychodelicznym indie. Przekleństwo szufladek nie powinno w tym przypadku przesłonić rzeczy najważniejszej – nowa muzyka HGR to bardzo solidna rzecz. A skoro w naszym serwisie poświęciliśmy parę słów takim wykonawcom jak Alcest, Lantlos czy Nothing, obecność Warszawiaków jest więcej niż oczywista. Zatem, wszystko się zgadza – jest odrealniona, rozmyta okładka, pogłosy, efekty i mnóstwo psychodelicznej poświaty. Jednocześnie słychać od pierwszych dźwięków, że trójka muzyków to nie nieszczęśliwe, odurzone prochami, zamulone jednostki, ale mocno stąpający po ziemi panowie. Dlatego też i płyta jest witalna, brzmi świeżo i w odróżnieniu chociażby od wspomnianych kolegów z Nothing jest w tym spora dawka optymizmu. Poza tym reszta składników się zgadza.Heroes Get Remembered fot. Jan Borkowicz

Grupa buduje swoje piosenki w oparciu o zestaw sprawdzonych środków, z dużą dbałością o klimat muzyki i detale, w tym przypadku decydujące o tym, jak smakują poszczególne numery. Nadal sporo tu hałasu, mocnych, rockowych riffów, jednak są one raczej urozmaiceniem, wprowadzającym bardziej dynamiczne przerywniki do onirycznej, rozmytej atmosfery. Shoegaze jest tu wszechobecny, dla przykładu w „Mother of Men”, świetnym i zwiewnym „Stardust”, opatrzonym mocnym (ale nie stonerowym, jak tu i ówdzie ktoś sugerował…) riffem „Nothing”, lekko transowym dla odmiany „Lost” czy w kojarzącym się z Alcest „Escape”. Wszystko pasuje – jest gitarowa mgiełka, bogactwo efektów, senny klimat. Zespół dba jednak o to, by nie było nudy z jednej strony i o „muzyczność” kompozycji, dlatego pogłosy i sprzężenia trzymane są na wodzy; jeśli ktoś spodziewa się hałasu w stylu A Place To Bury Strangers, może o zespole zapomnieć.  Dla wytrwałych zespół ma w zanadrzu dwie kompozycje, które są ozdobą tej płyty. Pierwsza to pachnący na kilometr Pink Floyd „King of the Light”. W ciągu siedmiu minut dzieje się tu zadziwiająco dużo; numer wyraźnie wyróżnia się na tle całego zestawu. Podobnie zresztą jak „Water” – wielowątkowy, mieniący się różnymi odcieniami utwór, zwieńczony bombastycznym, zapadającym w pamięć riffem. A „Missing Person” to rasowe, indie rockowe granie. Mimo sporego zróżnicowania, muzykom udało się zachować spójność tej opowieści i to jest duży atut płyty.

Ciekawy jestem jak potoczą się losy grupy, bo zainteresowanie jest spore a i zespół nie trzyma się kurczowo podziemia, śmiało wkraczając na salony. Mają z czym, bo muzyka na poziomie, aktualna i przede wszystkim z głową zagrana. Jednocześnie jest w tym wszystkim – tak dla smaku – jakaś tajemnica, coś niepokojącego w tle i to dodaje jakże potrzebnego pieprzu. I tak trzymać…

Arek Lerch

Zdjęcie: Jan Borkowicz

Pięć