HELLYEAH – Band of Brothers (Eleven Seven Music/EMI)

Texas zawsze był stanem różniącym się od reszty USA. Kowbojska fantazja, alkohol lejący się litrami i porywcze charaktery. Nie ma zmiłuj się, jak przyjaźń, to do śmierci jak nienawiść – oj, lepiej uważać. O czym przekonał się Anselmo po swoich niefortunnych wypowiedziach dla prasy. Hellyeah, znany głównie z tego, że gary okłada Vinnie Paul, dorobił się trzeciej płyty i ta jest jak zwierciadło opisywanego wyżej stanu – głośna potężna i totalnie zawadiacka. A przy tym  skierowana niemal w 100% do fanów Pantery.

Debiut Hellyeah potraktowałem jako ciekawostkę, którą trzeba przyswoić ze względu na postać perkusisty (bo fanem Mudvayne nigdy nie byłem…). Niestety, dwójka „Stampede” nie zrobiła już na mnie wrażenia. Ot, metalowa młócka, parę spokojniejszych dźwięków, nic w głowie nie zostało. Dlatego z takim zaskoczeniem przyjąłem trzeci album o symptomatycznym tytule. Że niby braterka, że dopiero teraz zażarło? Można to potraktować jako typowe, amerykańskie bajanie o tym że „my to razem i księżyc ukradniemy”. Wprawdzie Ci, co ukradli go w Polsce, zaszli daleko, jednak z takich deklaracji zazwyczaj nic nie wynika. A tu okazuje się, że faktycznie tak dobrze, zwarcie i zdecydowanie Hellyeah nigdy nie brzmiał. Oczywiście, jest tu i miejsce dla typowej, jankeskiej, łzawej ballady, ale takie dźwięki są w mniejszości i udało się w nich uniknąć tej mdlącej, przesłodzonej ckliwości. Poza tymi fragmentami muzyka na „Band of Brothers” to strzał w ryj niemal całkowicie po linii późnej Pantery. Potężne groovy, gitary grające z tym charakterystycznym dla mr. Dimebaga, dźwięczącym dołem, podbijanym przez bębny, które mają robić tylko jedną rzecz – nadawać miażdżący puls. No i zaskoczenie jeszcze większe – wokale Chada. Niech gada, co chce, niech się wykręca – słychać, że pojechał tym razem ”pod” Phila Anselmo – zamiast southern’owej żarliwości, jest nowoorleański, wkurwiony gruz. Teraz wystarczy na koncercie podkręcić nieco tempa, dołożyć alkoholowego bezczela i sale będą stosownie wypełnione…

Nie będę się wysilał, żeby przytoczyć taką czy inną piosenkę, bo każda jest reprezentacyjna dla płyty, choć przyznać trzeba że skubańcy do celów promocyjnych wybrali kawałki, które w zasadzie mogłyby spokojnie znaleźć się np. na „The Great Southern Trendkill” czy nawet „Reinventing The Steel”. Słychać, że Vinnie z dużą odwagą znowu spogląda na dziedzictwo Pantery i zamiast traktować jak sanktuarium, czerpie z niego pełnymi garściami. Czy to źle? Nie ma co ukrywać, że o ile pierwszy album Hellyeah mógł cieszyć się zainteresowaniem,  o tyle już kolejny wyraźnie udowodnił, że wielkiego szału nie będzie. Dlatego tak mocne przewietrzenie kompozycji ma najwyraźniej sens. Zamiast odkrywania dawno zasiedlonych terenów, chłopaki biorą to, co najlepsze z muzycznej, panterowej schedy, reanimując muzykę, która swego czasu wyniosła byłych pudelmetalowców z Texasu na wyżyny muzycznego biznesu. Takiej bombastycznej kariery Hellyeah nie zrobi, ale mam wrażenie, że za sprawą „Band of Brothers” zwróci na siebie uwagę zdecydowanie liczniejszej gawiedzi.

 

Arek Lerch