HELLIAS – Eight Cardinal Sins (Thrashing Madness)

Kilka lat temu na łamach Violence red. Cieślak z rozrzewnieniem wspominał pierwszy mini-album krakowskiego Hellias słusznie sądząc, że ów krążek – wyraźnie naznaczony piętnem brutalnej szkoły amerykańskiego thrashu – to istna petarda, która może nie zawojowała ojczystej sceny thrash metalu, ale z pewnością jest jednym z jej mocniejszych punktów. Nie pozostaje mi nic, tylko pogratulować trafności stwierdzenia. Niestety, po wyjątkowo udanej „Nocy Potępienia” (bo tak też zatytułowano tę ep-kę) późniejsze poczynania Hellias nie wzbudzały we mnie niczego prócz wzmożonej chęci snu. Nawet debiutancki krążek formacji, „Closed In the Fate Coffin”, balansujący gdzieś między surowizną teutońskiego thrashu a nieskazitelną precyzją dokonań Testament, nie oczarował do tego stopnia, bym z czystym sumieniem mógł wskazać go jako jeden z materiałów mieszczących się w panteonie polskiego metalu lat 90. Po kilku mniej udanych płytach i aż 8-letniej przerwie wydawniczej, krakowscy thrashers’ powrócili z ośmioma grzechami głównymi. Czy jest to powrót udany?

Mimo kilkunastu seansów z piątym, długogrającym wydawnictwem Hellias wciąż nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, ale o tym za chwilę. Na początek trzeba sprawdzić, co – po wielu woltach stylistycznych – w tej chwili zapragnęli grać krakowianie. Wyszło mi, że po latach eksperymentów i prób zawojowania innych od thrashu stylistyk, małopolscy muzycy wrócili do starego, sprawdzonego grania według wzorców opracowanych dawno temu przez amerykańskie thrash’owe składy, a nawet ich samych. Hellias na „Eight Cardinal Sins” postawił więc na typowy, pozbawiony zbyt wielu ozdobników thrash metal z przełomu lat 80. i 90. Jak wiadomo, tygryski lubią takie rozwiązania najbardziej, więc jedyne, czego nie wypada skiepścić, to wykonanie. A z tym już nieco gorzej… Nie żebym zarzucał krakowskiej ekipie odwalenie fuszerki. Wręcz przeciwnie. Brzmienie, mimo aż nadto plastikowej perkusji, przyjemnie chłoszcze narząd słuchowy, a jednocześnie trzyma się wyznaczonych przez nowoczesne produkcje standardów, kompozycje obfitują w ciekawe pomysły utrzymane jednak na thrash’owym gruncie, co nie stanowi wady. Po zbytnio zapatrzonym w nowoczesny metal „A.D. Darkness” sprzedają soczystego, orzeźwiającego kopa. Z jednym małym szczegółem: tyczy się to tylko kilku kompozycji. A wśród nich chociażby rozpędzony „Devilish Circle”, czy „Mental Violence”, który już na wejściu wybija zęby cokolwiek chuligańskim riffem. Do plusów „Eight Cardinal Sins” z pewnością można zaliczyć też wybudowane na hardrockowym fundamencie „Pair of Sparks” z tymi przejaskrawionymi zaśpiewami, czy „Twelve Angry Men” – gnający w nieznane pokaz szkoły thrash’u, murowany ”must have” w koncertowych set listach. Mimo tego, wymienione zalety nie są w stanie przesłonić minusów krążka, do których spokojnie można zaliczyć pewne niezdecydowanie panów, co konkretnie chcą grać. Z jednej strony dominuje ten dopracowany thrash na amerykańską modłę, z drugiej przebija się nieśmiało wkomponowany w całość hard rock, a gdzieś w tle świdruje ta urocza cepelia lat 80. (vide: „Deliverance”), która jednak nijak ma się do całości.Band

Odbyłem z „Eight Cardinal Sins” wiele bojów, ale wciąż nie wiem, co dokładnie sądzić o tej płycie. Niby bez pytania oddaję się mocy thrashowych hitów skomponowanych przez prawdziwych wyjadaczy gatunku, ale kotłujące się na krążku drobne wady nie dają mi spać spokojnie. I dlatego właśnie nie mam sumienia, by wystawić temu albumowi jakąkolwiek ocenę.

Łukasz Brzozowski