HELLIAS – Closed In The Fate Coffin/Noc Potępienia (Thrashing Madness)

Gdyby istniał jakiś podziemno-metalowy order Gloria Artis, Leszek Wojnicz-Sianożęcki byłby jego pierwszym kawalerem. Niestrudzony muzealnik polskiego metalu niezmiennie przypomina zespoły, które z oczywistych powodów nigdy do pierwszej ligi się nie dobiły, ale przeważnie są czymś więcej niż tylko sympatycznym wspomnieniem po pewnej epoce. Stare nagrania Hellias świata nie zawojowały i raczej już nie zawojują, ale warto je ocalić od zapomnienia.

Wydany w 1991 roku „Closed in the Fate Coffin” dokumentuje Hellias okresu przejściowego, powoli zrywający z surowością pierwszych nagrań, ale jeszcze nie dość oszlifowany, by doskoczyć do swoich ambicji. W rozkroku pomiędzy starym niemieckim thrashem a „ambitniejszym” graniem a’la Testament, płyta utknęła w pół drogi, brzmiąc albo surowo i fajnie (większość tych „mocnych” fragmentów), albo cokolwiek pociesznie (ballada „Sentence of…”). Ale nawet, jeżeli „Closed…” nie przekonał mnie w całości, to do poprzedzającego go chronologicznie minialbumu „Noc Potępienia” nie mam właściwie żadnych zastrzeżeń, bo to szesnaście minut samej cudowności. Pozbawiony artystycznych ambicji, uroczo głupi i dziki jak GG Allin w rui thrash podbija moje serce i nie dumam już, która to liga, tylko macham głową, a żona pyta, czy dobrze się czuję. Hellias z ery przedalbumowej nosi wyraźne piętno wczesnego Dark Angel, Possessed, Kreator czy Kata z „Oddechu Wymarłych Światów”, rzeźbiąc prymitywne riffy, bzycząc niemiłosiernie i strasząc koślawymi solówkami i rewelacyjnie tu brzmiącym wokalem na efektach. Dorzućcie do tego polskie teksty i wysadzające mózg w powietrze tytuły w rodzaju „Piekielna Czerń” czy „Płomienia Cień” (rzuca cień! Płomień! Czaisz to, chłopaku?!) i obraz totalnej zajebistości jest już pełen. Płytę uzupełniają cztery nagrania koncertowe z rozwalającą konferansjerką – tego się nie da zacytować, to trzeba usłyszeć.Hellias band

Dziś takich kapel jak „stary Hellias” jest milion, ale to już tylko stylizacja. Można się cieszyć piekielnym rock’n’rollem typu Deathhammer czy inny Victimizer, ale warto też sięgnąć po starocie i posmakować takiego grania z czasów, kiedy było młode, świeże i jurne. Tym bardziej, że płyta – jak to w Thrashing Madness – wydana jest pierwszorzędnie, a zawierającą biografię, zdjęcia i wywiad książeczkę ledwo można upchnąć do pudełka. „Noc potępienia, pali się stos!”

Bartosz Cieślak

Cztery i pół