HELLHORSE – Decade of Dust (Twelve Gange Records)

Hardcore jaki jest, każdy widzi. Zamiast prawdziwych emocji i syfu, wydobywającego się z głośników, mamy konfekcję, zapatrzenie w metalowy sposób gry, podwójne stopy i „dżyn dżyn” na  gitarach. Bez tego żaden zespół, a szczególnie niemiecki, obejść się w 2011 roku mnie może. Na szczęście, coraz silniejsza jest frakcja reanimująca starego, dobrego hałaśliwego dziadka, który po lekkim retuszu może zabijać równie gracko, jak młodsi koledzy.

Amerykański Hellhorse to podróż w głąb sceny hc, to kawałki zbudowane wg prostych zasad. Jednocześnie to zespół działający tu i teraz, dlatego trafiają się i „rowerki” i bardziej metalowy czy sludge’owy riff. Jest troszkę starego, obleśnego thrashu a przede wszystkim, pamiętający lata 80 – te hard core z całym bagażem świetnych riffów, proste bębnienie i wokalista krztuszący się nienawiścią. Takie połączenie przypominać może nieco manierę Weekend Nachos czy Trap Them, jednak Hellhorse jest prostszy od tych pierwszych i mniej wyrafinowany od drugich. Dodatkowo stawia na surowe, niemal monofoniczne brzmienie, jeszcze bardziej potęgujące brud i chaos panujący w tych krótkich kawałkach. Na koncertach musi się to sprawdzać niemal idealnie. Ulubiony song? Powiedzmy „I Am Disposable”. Nie, za bardzo metalowy… Ok, to ponury „Wolfpack” czy niemal black metalowy w wydźwięku „Year of Skulls”? To końcówka płyty, zaś na początku czyhają te bardziej punkowe strzały w rodzaju „Zion” czy „Keine Helder”.

Miła niespodzianka, wyrastająca z amerykańskiego dobrobytu, córka brudnych przedmieść i odpowiedź na te wszystkie wymuskane i spinające pośladki zespoły metal – coś – tam – korowe. Pieprzyć wszystko.

Arek Lerch 4