HELLECTRICITY – Cold Blood Desire (EP)

Takie to z warszawskich muzykantów wiercipięty, że nie starczają im macierzyste zespoły i muszą ciągle gdzieś hałasować. Hellectricity zrodzony został z miłości do zmetalizowanego rock&rolla, brzemiennego nośnym i tłustym riffem. Znacie Rufusa z Corruption? Jeśli tak, to już wiecie, jaka jest wisienka na torcie. Lukrem są za to popisy gości znanych z takich band jak Lostbone, Carnal, The Supergroup, Hate, Pyorrhoea czy Hedfirst. Czy trzeba czegoś więcej?

Od razu też uderzę z grubej rury, żeby nie było wątpliwości. W muzyce Hellectricity szukamy dobrej zabawy i miłego, melodyjnego hałasu. Nie szukamy oryginalności i eksperymentów.

Od początku jest prosto, do przodu i z wyraźnie wyczuwalnym humorem. Ten ostatni szczególnie widać na okładce płytki, chociaż osobiście uważam ją za najsłabszy element tej promocyjnej ep – ki. Może jestem mało rozrywkowy, ale do muzyki grupy ten obrazek mi nie pasuje i kropka.

Epa składa się z trzech kawałków, z których „Don’s Burn The Witch” śmierdzi na milę Corruption i ma chyba najciekawszą budowę. Za to najbardziej przebojowy jest „Plague 69”, nie mogę się od tej natrętnej melodii uwolnić…

W zasadzie, jako promocyjny materiał, płyta spełnia swoją rolę znakomicie. Pokazuje kilku gości, którzy dokładnie wiedzą, o co chodzi w wesołym, rock’n’rollowo zabarwionym i amerykańsko brzmiącym metalu, wiedzą jak grać i komponować, żeby nie zanudzić słuchacza. Mają też jednocześnie duży szacunek do tradycji, bo słychać, że każdy z muzyków lekcję odrobił na piątkę. Pozostaje jedynie drażniące pytanie, czy na płycie długogrającej uda się przez cały czas zachować podobnie radosny i wysoki jakościowo lot? To wybitnie koncertowa muzyka i tam też chcę Hellectricity zobaczyć jak najszybciej, żeby utwierdzić się w swoich względem zespołu uczuciach.

Arek Lerch 4