HELL MILITIA – Last Station on the Road to Death (Debemur Morti)

Pięć lat czekanie to wystarczająco długo, by stęsknić się za prymitywnymi dźwiękami Hell Militia. Chyba tylko i wyłącznie z tej okazji francuskie leniuszki upichciły drugi album w swojej karierze, nazwany jakże krotochwilnie – ‚Last Station on the Road to Death’. Zapachniało trupim jadem.

I rzeczywiście, następczyni ‚Cannonisation of the Foul Spirit’ robi niezłe spustoszenie, katując trąbkę Eustachiusza prymitywnym, wulgarnym black metalem. Ale jak to brzmi! Od pierwszych taktów ‚Born Without Light’ wiemy, że nikt inny jak Hell Militia nie zmiksuje klimatycznego transu rozłożonych akordów z nagłymi zrywami lubieżnie rzężących gitar. Jasne, pewnie przesadzam, ale ‚Last Station on the Road to Death’ zdecydowanie wyróżnia się na tle podobnych produkcji. Przede wszystkim za sprawą klaustrofobicznego klimatu rodem z nagrań October Falls, który wcisk w fotel i dusi swoim stutonowym cielskiem. Wystarczy posłuchać ‚The Ultimate Deception’ żeby poczuć, że z francuskimi poplecznikami diabła nie ma żartów i mniej odporni na satanistyczny przekaz mogą się nieco przerazić. Kto wie, może jakiś zdesperowany samobójca zrobi sobie ostatni przystanek właśnie do wtóru dwójki Hell Militia. Musi tylko uważać, by ‚Fili Diaboli’ nie przywróciło mu ochoty na bardziej żwawe podrygi w rytm wyrywających z transu riffów. Choć w sumie nawiązanie do GG Alina w coverze ‚Shoot Knife Strangle Beat & Crucify’ może przywrócić im ochotę na nihilistyczne zabawy.

Żeby nie było tak różowo, to muszę przyznać, że w kilku miejscach zawodzi mnie przede wszystkim wokal Meyhnacha. Nie żeby było fatalnie, bo w walcujących momentach jego rzężąca maniera jest znakomita, ale w chwili gdy zespół przyspiesza (albo ‚wycisza’ gitary) mam wrażenie, że jego flegma spływa gdzieś obok muzyki. Ot, czepiam się tak dla zasady, bo może Francuzi nie osiągną szczytu na ‚Last Station on the Road to Death’, ale bez dwóch zdań wdrapią się tym krążkiem dość wysoko na black metalowej drabinie.

Dooban 4,5