HEATSEEKER – Desolation (Elephant Skin Records)

Krajowy hardcore ma się dobrze. Niby dlaczego? Bo jeśli za moment dostępna będzie ep-ka warszawskiego składu Heatseeker, nie ma powodu do obaw, że coś tu nie gra. Prosto ze studia Mustache Ministry trafiła do mnie do domu 7-kawałkowa luta, która zwie się „Desoaltion”. Nie powiem, że nie czułem się szczególnie fajnie, że jako jedna z pierwszych osób w tym smutnym jak pizda państwie dostałem cały materiał do odsłuchu, ale luz, już teraz możesz zamówić siedmiocalową płytkę w przedsprzedaży na stronie Elephant Skin Records, które za parę tygodni puści to cacko do ludzi.

Chłopaki tym razem konkretnie dołożyli do pieca, zwyczajnie czegoś takiego jeszcze nie słyszałem, a na pewno nie w tej części Europy. Bez skrupułów przyznam się, że taśma demo, wydana z końcem 2012 roku, nie zachwyciła mnie szczególnie, ale wiadomo, demo to demo, chwilę zajęło tym typom znalezienie swojej drogi, ale trafili w dziesiątkę, a efektem tych starań jest taki smaczek jak „Desolation”. Zaczyna się bez zbędnego pierdolenia, intro od razu wali energią prostwo w twarz, zajebisty riff i zaraz robi się gorąco jak w scenie strzelaniny w filmie „The Heat”, tak też nazywa się pierwszy numer. Mocny i wściekły wokal odwala tutaj dużo naprawdę porządnej roboty, wszystko dzięki temu jedzie na pełnej kurwie, tak jak zresztą być powinno. Kawałki są utrzymane w jednej stylistyce, ale nie na jedno kopyto, sporo się dzieje, jak na kilkaset sekund napierdalania, sa zadziorne, szybkie riffy, zwolnienia i potężne chóry. Podoba mi sie też praca i mocarne brzmienie perkusji. Wszystko jest na swoim miejscu. Fajny motyw wcięcia urywka dialogu z kultowego „Full Metal Jacket” Kubrick’a, „talk to talk”, żeby zaraz przerodziło się w „It’s time for you to back the fuck off”, numerze „Ego Trip”. Czad. Cóż, mógłbym porównać ich tutaj do wielu kapel, z różnych okresów świetności tej muzyki, ale z drugiej strony po cholerę, dla mnie wycisneli to co najlepsze z hardcore’a i punka, a wszystko to pod własnym szyldem, więc szafa gra.HS Band

Jednym słowem, mamy oto kolejny, porządnie zagrany, z zajebistym pomysłem mini album na światowym poziomie. Co ciekawe, ostatnimi czasy zdecydowanie częściej zdarza mi się słuchać rodzimego punka, niż tego choćby zza oceanu. Być może jestem ignorantem i nie śledzę z wytrzeszczonymi gałami co w trawie piszczy i co trzeba, lub warto sprawdzić, żeby być „na fali”, ale walić to. Hardcorowe produkcje z naszego podwórka wychodzą w niszowych nakładach, mam wrażenie, że poza sceną, tworzoną przez tak naprawdę garstkę ludzi, mało kto może do tego dotrzeć, a szkoda, bo poprzeczka wisi wysoko. Wracając do chłopaków, tylko pogratulować tak dobrego towaru, ze swojej strony życzę im połamania kończyn na koncertach, których z tej okazji zapewne im nie zabraknie. Hold tight!

Sam Tromsa 

Pięć