HEART&SOUL – Presents Songs of Joy Division (2.47 Records)

Kiedy pomyślę, że „Unknown Plesausres” i „Closer” powstały odpowiednio w 79 i 80 – tym roku, czuję się nieswojo. W jakimś sensie grzechem jest wyciągać te nagrania i uświadomić sobie, że kiedy Curtis z kolegami przelewali na taśmę swój żal, uczyłem się dopiero pisać i pojęcia typu „samobójstwo” czy „depresja” były mi całkowicie obce. Od czasu powstania rzeczonych płyt w muzyce wydarzyło się WSZYSTKO. Minęły kolejne rewolucje, większe i mniejsze. Metalowcy zamienili skóry na dresy. Obrażono kogo można i nie można było obrazić, sprowokowano wszystkich i sprofanowano każdą świętość. Rock umierał, rodził na nowo, pogrzebion był i powstał do życia. A gdzieś obok żył swoim zimnym życiem Joy Division.

Taki wstęp jest konieczny, by zrozumieć choć w części fenomen zespołu, który przez blisko dwadzieścia lat egzystował gdzieś w zasnutej pajęczynami piwnicy by nagle, bez jakiegokolwiek powodu eksplodować w nowym milenium. Potencjał odkryli młodzi gniewni z Interpol i Editors na czele, za wielką wodą swoje dołożył The National i szum gotowy. Nagle okazało się, że zapomniane płyty potrafią zdziałać cuda. Czy można doszukiwać w tym fenomenie drugiego dna? Muzyka doszła do granicy, nie ma już niczego nowego? Świat toczy rak, smutni chłopcy gapią się na swoje buty… Potęga lat 80 – tych zniewala swoim zimnym, sztucznym światłem i tanią błyszczącą biżuterią. Okazuje się, że tamte strachy, depresja i zwątpienie dzisiaj także mają sens. A nic tak nie dodaje uroku i smaku muzyce jak cierpienie. Wprawdzie współcześni herosi mroku nie popełniają samobójstw, ale w genialny nieraz sposób potrafią wyciągnąć z muzyki Joy Division esencję i przerobić na własną modłę. Trudno zatem dziwić się, że i w naszym kraju powstają projekty, które hołd Curtisowi&co oddają.

Wśród nich niewątpliwym szacunkiem należy uhonorować projekt Heart&Soul, który podjął się nie lada wyzwania – postanowił na nowo zinterpretować klasyki Joy Division. Jak wspomina Bodek Pezda, jeden z założycieli projektu, w zasadzie chodziło o zrobienie sobie przyjemności i swego rodzaju pamiątkę. Okazuje się jednak, że owa pamiątka jest atrakcyjna dla całkiem szerokiego grona słuchaczy, wpisując się we współczesną histerię na punkcie Anglików.

W zasadzie największą zaletą tego krążka jest fakt, że potraktowano muzykę Joy Division z szacunkiem, ale też bez nadmiernego gloryfikowania. Przede wszystkim wyciągnięto z tych numerów nie tylko mrok a raczej ciepłą melodykę, klimat i specyficzny rodzaj melancholii. Słuchając Heart&Soul mam wrażenie, że utwory Joy Division, w oryginale suche, odwracające się do słuchacza plecami, nagle ujawniają swój komercyjny potencjał. Jasne, duże znaczenie ma instrumentacja, która stawia na dominację silnego, hipnotycznego rytmu, jednak zaproszeni goście dodają trupiobladej muzyce sprzed lat nowych kolorów. Okazuje się, że wcale nie trzeba ronić łez a świat jest piękny. Choć czarno – biały.

Pomysł na aranżacje muzyki jest prosty – na szkielecie rytmicznym budujemy całkiem rozpasaną instrumentalną jazdę, szczególnie niektóre partie gitary zaskakują dysonansowymi brzmieniami. Wśród wokalistów największe wrażenie robi Łukasz Lach z L.Stadt, który swoim interpretacjom dodaje ciepła, kierując muzykę Joy Division wprost na spaloną, texańską ziemię. Raz do głosu dochodzi gitara, bas Piotrowskiego pulsuje po „hook’owemu”, to znowu do przodu wysuwają się syntezatory. Czasami słychać, że Joy’s zapłodnili późniejszych twórców trip – hopu, szczególnie w kontekście tej specyficznej, transowej melancholii. Piorunujące wrażenie robi niemal taneczny „Transmission”, miażdży „Passover”. Zdecydowanie elektronicznie jest tylko w „Decades”, jednym z pierwszych, nagranych na płytę numerów. W tych nagraniach można wyczuć ducha wczesnego industrialu, jest nowofalowa zwięzłość w konstruowaniu płaszczyzn dźwiękowych. Jednocześnie muzyka ma współczesną plastykę, jest bardzo przestrzenna i dobrze zaaranżowana. Dobrym, choć ryzykownym pomysłem było zaproszenie pań (swoich głosów udzieliły Rykarda Parasol, Bela Komoszyńska z Sorry Boys i Hania Malarowska), bo w połączeniu z cieplejszymi aranżami brzmi to jak oczywista oczywistość.

Kiedy dzisiaj słucham Heart&Soul, jeszcze bardziej dostrzegam geniusz Curtisa i kolegów, którzy nieświadomie stworzyli kawał potępieńczej, ale, jak się okazuje, ponadczasowej muzyki. Nie ma co także ukrywać, że powodzenie tej płyty jest ściśle związane z retro – westchnieniem za mityczną dekadą. Bodek z ferajną podarował nam 37 minut muzyki współczesnej brzmieniem i nostalgicznie beznadziejnej. Intrygująca rzecz.

Arek Lerch