HAWKS – Rub (Sickfigure Records)

Dalszy ciąg mojej niekończącej się przygody z noise rockiem. Jakiś czas temu, na łamach nieodżałowanego Blackastrial miałem przyjemność skreślić kilka pochwalnych słów odnośnie ep – ki zwiastującej opisywany tu album. Teraz przedstawiam całą płytę, która obnaża przed nami najgłębsze czeluście piekielnego bluesa.

Druga płyta rezydującego w Atlancie zespołu to klasyczne wariacje na temat muzyki, która powinna była umrzeć wiele lat temu. Otwierający krążek „Royalty” atakuje mięsistym basem i już wiadomo, co będzie dalej. Takie kawałki jak „Hung” czy „Late Bloomer” mogłyby znaleźć się na „Goat” Jaszczurki, z kolei w „A Future Reaping” grupa zagłębia się w mroczny, głęboki noise’owy blues, który przyprawia mnie o takie samo drżenie rąk, jak „Mutiny/Bad Seed” australijskiego barda ciemności. Pełno tu zgrzytliwych, brudnych i niechlujnych gitar („White Buffalo”, ”Squeeze Play”), jest dudniąca sekcja rytmiczna i charakterystyczne, pijane, grane na granicy fałszu melodie (doskonały „Neon Hides”). No i klasyczny niemal, zduszony wrzask. Zdarzają się tu też nieco odmienne, prawie akustyczne przerywniki w rodzaju „A Taste of Sick” czy „Old Clothes”, które jeszcze bardziej przywodzą na myśl wczesne, buntownicze oblicze Nicka Cave’a, znakomicie uzupełniają hałaśliwe oblicze płyty, wprowadzając nieco powietrza do materiału.

Nie ma tu ani grama oryginalnych dźwięków i nie sądzę, żeby Hawks mieli z tym problem. Tak samo jak ja go nie mam, wystawiając grupie z orgiastyczną radością najwyższą notę. Może nie jest to album tygodnia, nie przełamuje barier, czepiając się tego co blisko dwie dekady temu uczyniło ze mnie maniakalnego wielbiciela załóg z Touch&Go, jednak na dzień dzisiejszy, obok Menfolk i KEN mode to najdosadniejsi przedstawiciele zatrutego bluesem noise rocka.

Arek Lerch 

Sześć