HAVOK – Unnatural Selection (Candlelight)

Trasz to muzyka tak amerykańska jak sam hamburger i wyrazista jak koka kola. Nawet jeśli przyjąć, że coś takiego jak europejski trasz istnieje i ma swoje miejsce w historii muzyki metalowej, to właśnie za wielką wodą muzyka taka powstałą, wykrystalizowała się i zaliczyła wszystko, co tylko można – od wielkich wzlotów aż do upadków, których nazywał nie będę, no może poza „St Anger”. Havoka komplementowałem już przy okazji płyty „Time Is Up”. Tym razem powracają jeszcze bardziej klasyczni z jednej strony i crossover’owi z drugiej. Czyli prawidłowo. Skoro ostatni Municipal Waste mnie rozczarował, na otarcie łez mam Havok.

W zasadzie nie ma się co rozwodzić nad strukturą i składnikami muzyki Havok. Młoda załoga dokładnie, namacalnie wręcz przestudiowała klasyczne, thrashowe płyty, z drugiej strony solidnie popracowała nad techniką i w takim duchu stworzyła nowe dzieło. Brak na „Unnatural…” jakichkolwiek niepotrzebnych dźwięków, wycieczek w stronę nowoczesności. Od pierwszych dźwięków chamskie retro, dość nowocześnie brzmiące, ale też zachowujące charakterystyczny smak thrash metalowej klasyki. Choć na początek, dla niepoznaki, atakują punkowo – crossoverowym „I Am The State”, który na dzień dzisiejszy jest moim ulubionym hitem płyty, wespół z traszowcem „It Is Time”, który brzmi jakby spieprzył z którejś płyty Acid Drinkers. Zespół pokazuje perfekcyjne zgranie, rewelacyjne zespolenie wokali z muzyką („Under The Gun”), zadając kłam twierdzeniem, że metal to tylko nieskoordynowany wrzask. Dużo się w numerach dzieje, sporo akcentów, pauz, zmian drive’u i świetnych partii solowych. Jakżeby inaczej; skoro ma się takich gitarzystów jak David Sanchez i Reece Scruggs, grzechem byłoby nie wykorzystać ich potencjału. Kiedy trzeba, grupa zwalnia, miażdżąc czołgowatym tempem („Waste of Life”, „Worse Than War” z świetną grą garowego), utwory potrafią być zaskakująco rozbudowane („Living Nightmare”, metallikowaty „Chasing The Edge”), choć zespół ustrzegł się przesadzonych instrumentacji. Jak na młodą załogę uznanie budzi właśnie owo trzymanie w ryzach partii instrumentalnych, co nadaje płycie jeszcze większej rasy.

Trudno w 2013 roku oceniać taką muzykę, bo nie wiadomo, czy za punkt odniesienia przyjmować wielkopomne dokonania „wielkiej czwórki” lub raczej crossower i współczesne, tharsh’owe poczynania Slayer czy Exodus. Traktuję zatem Havoka jako zwyczajną, rozrywkową muzykę, przy której tupię nóżką, a czasami z zazdrością posłucham tej czy owej zagrywki. Panowie świetnie prężą muskuły i co najważniejsze, nie zamulają i likwidują mi zbędny cholesterol, choć muszę dodać, że jednak „Time Is Up” bardziej mną wstrząsnął.  A na koniec informacja o polskim akcencie – okładkę przygotował znany tu i ówdzie grafik Rafał Wechterowicz. Bardzo miło.

Arek Lerch

Cztery