HAVOK – Point of No Return (Candlelight Rec.)

Renesans klasycznego thrash metalu otworzył wrota dla setek grup, chcących załapać się na malutki skrawek metalowego eldorado. Niektórym się udało,  innym nie a ja po kilku próbach bratania się z neo – thrash’owymi kamandami stwierdziłem, że w tym temacie płodne były jeno lata 80 – te (szczególnie rok 86…) a dzisiejsi uzurpatorzy to w większości przypadków dzieciaki z dobrym sprzętem i przerostem niczym nie uzasadnionych pretensji do tronu. Od tej reguły są jednak wyjątki i takim jest pochodzący z Denver Havok, który niedawno uraczył nas nową ep – ką.

Zwróciłem na zespół uwagę w minionym roku, kiedy światło dzienne ujrzała druga płyta „Time Is Up”. To był chyba pierwszy krążek z współcześnie zagranym, klasycznym thrash’em, który zrobił na mnie wrażenie. Zespół nie odkrywa niczego nowego, podkręca jedynie tempo i klasyczne, thrash’owe patenty gra, jakby zadał sobie kilogram amfetaminy. Potworna agresja, precyzja granicząca z absurdem, ostro hałasujący, „druciany” bas i riffy, które mogły powstać równie dobrze ze dwie dekady wcześniej. Do tego rozbrajająca, szczeniacka żywiołowość nie pozostawiła mnie obojętnym, o czym donosiłem na łamach Violenca. Teraz dostajemy ep – kę z 20 minutami podobnie napiętej muzyki, choć tylko w połowie jest to zasługa Havoka. W połowie, bo drugą część ep-ki zdominowały kowery, odpowiednio ”Arise” Sepultury i brawurowo wykonane „Postmortem/Raining Blood” wiadomo kogo. Zespół – szczególnie w wykonaniu klasyków Slayer – pozostaje wierny aranżacjom, dodając do nich swoje, żywiołowe obnoszenie się z instrumentami. Miejscami slayer’owe songi w interpretacji Havoc nabierają wręcz death metalowej furii, pokazując tym samym ogniwo łączące starą szkołę z współczesnymi śmierć metalowcami. Nie ma co pastwić się nad tymi kawałkami, bo każdy je zna, dość, że Havok w pełni wykorzystał ich potencjał.

Początek krążka to jednak dwa nowe numery formacji. W zasadzie nie jestem w stanie dodać niczego nowego, w stosunku do recenzji „Time Is Up”. Pełno zmian temp, po raz kolejny prostota i automatyczna niemalże biegłość techniczna. Każdy patent pojawiający się w tych numerach jest dogłębnie przemyślany i odarty z niepotrzebnych zagrywek, tylko sama esencja stylu. Takie wyczyszczenie jeszcze bardziej pokazuje, jak dobrymi muzykami są Amerykanie. Dawkowanie nieprzeciętnych umiejętności odbywa się troszkę na zasadzie  – „proszę bardzo, jak chcemy to możemy!”, jednak głównie liczy się idea zespołowego łojenia. Ta nienaganna współpraca powoduje, że Havok gra piorunująco motorycznie i nieskazitelnie pod każdym względem. Moim faworytem jest song „From the Cradle to the Grave”, otwarty świetnym, połamanym, perkusyjnym wejściem, napakowany zwrotkami w średnim tempie, kojarzącymi się mocno z metallikowym riffowaniem. Kawałek tytułowy gorszy nie jest, choć może nie wnosi do zespołowego wizerunku niczego nowego. Bez popisów, z niemal hardcore’ową furią Havoc nadal pozostaje na szczycie współczesnych piewców thrash metalu. Mam nadzieję, że na kolejnym albumie nie zawiodą, bo „Point…” narobił smaku na dużo więcej.

Arek Lerch