HATEBREED – The Divinity of Purpose (Nuclear Blast)

Za sprawą zwalającego z nóg debiutu „Satisfaction is the Death of Desire”, przemocą wdarli się na hardcore’owy szczyt wagi superciężkiej. Kolejne albumy „Perseverance” i „The Rise of Brutality” przypieczętowały ich dominację na międzynarodowej arenie, a koncertami u boku Slayera, Slipknota czy Mastodona ugruntowali swoją pozycję niekwestionowanych liderów gatunku. Siódma płyta Hatebreed to raczej powrót do korzeni niż rozwinięcie brzmienia znanego z dwóch poprzednich krążków.

„The Divinity of Purpose” to w całości premierowy materiał, ale mógłby równie dobrze być zatytułowany „The Best Of”, ponieważ każdy z jedenastu zawartych na nim numerów (wersja limitowana zawiera dodatkowy, dwunasty „Idolized and Vilified”) to kwintesencja stylu Hatebreed. Trzydzieści kilka minut wściekłej, nabuzowanej adrenaliną i testosteronem muzyki przywodzi na myśl zderzenie z osiemnastokołową ciężarówką albo zakończoną nokautem walkę w klatce.

Począwszy od otwierającego „Put It to the Torch”, przez kolejne „Honor Never Dies”, „Before The Fight Ends You” czy „Nothing Scars Me”, do finałowego „Boundless (Time to Murder It)”, kapela nie zwalnia ani na moment. Tłusty riff za riffem, gitary i bas sieją spustoszenie w najniższych rejestrach. Bęben basowy wgniata w ziemię, a Jamey Jasta jak dyktator wypluwa z siebie komendy. Bezkonkurencyjne brzmienie Amerykanów jest ponownie zasługą wieloletniego producenta zespołu Chrisa „Zeussa” Harrisa. W tej kwestii osiągnęli już prawdopodobnie wszystko i bezsensu byłoby tu cokolwiek poprawiać, ale delikatne odejście od metalcore’owego soundu „Supremacy” oraz „Hatebreed”, wyszło tylko na dobre.

Choć 2013 dopiero co się rozpoczął, trudno uwierzyć, żeby zapowiadane na ten rok płyty Terror, Madball czy Earth Crisis mogły zagrozić „The Divinity of Purpose”. Hatebreed jest poza zasięgiem. Dzieli i rządzi. Nie od wczoraj zresztą. Detronizacja nie nastąpi prędko.

Adam Drzewucki 

Pięć