HATE ETERNAL – Phoenix Amongst The Ashes (Metal Blade)

Hate Eternal przypomina mi takiego żwawego staruszka. Jest wysportowany, ciągle pływa, biega, jeździ rowerem, słowem – zachowuje sprawność na stare lata. Tyle, że oprócz owej sprawności szwankują mu nieco, jak to często u starszych ludzi bywa, pamięć i kreatywność w myśleniu.

Ekipa Erika Rutana to właśnie doskonały przykład powyższej teoryjki. Nie można chłopakom niczego zarzucić, nadal mieszczą się gdzieś w pierwszej lidze technicznego, bezlitosnego wymiatania. Tyle, że już na poprzedniej płycie wyraźnie było słychać brak jakichkolwiek nowych pomysłów na swoją twórczość. Niestety, najnowsze dzieło dobitnie udowadnia, że zespół szczytowanie zaliczył na „I, Monarch”. Zapewne udało się wtedy idealnie połączyć bezlitosne, odhumanizowane riffy Erika z precyzyjną, szybką, ale też pełną świetnych, nieszablonowych i akademickich niemal wynalazków grą perkusisty Dereka Roddy. Jego następca Jade Simonetto ma parę w łapach, ale pomysłu na swoje partie w zasadzie żadnego. A to w połączeniu z dość typowymi, żeby nie powiedzieć – zachowawczymi riffami Rutana daje muzykę, która gdzieś po kilkunastu minutach zaczyna męczyć. Mamy więc firmowy zestaw blastów, kilka zwolnień, pozapychane wszystkie szpary w aranżach i bezustanne napieranie do przodu. Zero oddechu, zero zaskoczeń i brak jakiegokolwiek nowego elementu w kompozycjach. Dla mnie ten zespół pozostanie w pamięci za sprawą „King Of All Kings” i wspomnianego Monarchy, niestety, późniejsze dokonania to już tylko odcinanie kuponów od dawnej kreatywności/popularności. Nie wiem, czy to syndrom zmęczenia death metalem u niżej podpisanego, czy zmęczenie muzyków własnym rzępoleniem, ale nie jestem w stanie delektować się tymi dźwiękami, bo umyka mi zarówno agresja jak i technika, sprowadzająca się do kilku oklepanych patentów. Szkoda, bo potencjał nadal gdzieś tam jest.

Moim, skromnym zdaniem, Erik powinien skupić się na produkowaniu płyt, bo aktualnie w tym jest najlepszy, ewentualnie wrócić do Morbid Angel, bo coś czuję, że z Timem Yeungiem za drumsetem nowe dzieło klasyków z Florydy może w tym roku gracko pozamiatać scenę śmiertelnego metalu.

Arek Lerch 

Dwa