HARM’S WAY – Blinded (Deathwish)

Ta nazwa, przynajmniej dla co poniektórych, powinna już coś znaczyć – Harm’s Way, bo o nich będzie mowa, mogą w niedługim czasie namieszać całkiem nowym materiałem, składającym się tylko z pięciu części, ale za to jakich. Epka „Blinded” przenosi jakość tego, co chłopcy z Czikago robili do tej pory na dużo wyższy level. Jeśli bierzesz na klatę mocne, metalowe uderzenie, w połączeniu z hard core’owym uporem, to polecam tę pozycję sprawdzić od ręki a jeśli to za mało, dodam, że w ten mini album zamieszane jest Deathwish Records, zaś nad okładką ślęczał po nocach Florian Bertmer, znany z współpracy z choćby takimi gigantami alternatywnych dźwięków jak Pig Destroyer czy Converge.

Ta dwudziestoparominutowa płytka przetacza się po głowie praktycznie jak walec po gorącym asfalcie, zaczyna się bardzo wolno, następnie rozpędza, żeby znowu zwolnić i przygnieść słuchacza swoim ciężarem. Już pierwszy „Frontal Lobe” zapowiada taki, a nie inny stan rzeczy, a mianowicie wolno jak jasna cholera, do tego dwie kopary, chore patenty zagrane na gitarach, w tym z lekką nutką industrialu, ale umówmy się, bez żadnych dziwactw, wszystko w oparciu o klasyczne dla szarpidrutów instrumentarium, więc bez obaw. Następnie mój no.1 – ,,Mind Control”, są tam tak sprawnie poukładane, mocne patenty, że całość na pewno niejednemu da się we znaki. Aha, do tego kawałka powstał fajny klip, dzięki czemu jeszcze przyjemniej się go słucha, zainteresowanych odsyłam na profil zespołu, a także na stronę wymienionej wyżej wytwórni, gdzie można zawiesić oko na tymże obrazie. Trzeci w kolejności, w całości instrumentalny ,,Blinded” to prawdziwy mrok i rozsadzające głowę ciśnienie, jak na dnie oceanu, szkoda tylko, że zaraz się kończy, na luzie mogli pociągnąć kluczowy patent, co dałoby z pewnością znacznie lepszy efekt. Dalej dość krótki, ale treściwy ,,Blank Stare” i na tzw. finał prawdziwy ładunek wybuchowy – ,,Live To Loathe”, tam jest wszystko – wściekłość, energia i power, wystarczy podpalić lont.

To, co Harm’s Way właśnie rzucili na pożarcie, najlepiej skwitować jako wypadkową szwedzkiego metalu, d-beatu, z charakterystycznym dla hc agresorem. Myślę, że nawet szczerze oddani maniacy tych gatunków byliby pozytywnie zaskoczeni. Jedyne, co mnie tam delikatnie razi, to dość kwadratowy miejscami układ wokalu, cóż, taki styl, albo trochę zabrakło wyobraźni. Da się jednakże przełknąć te drobne mankamenty i skonsumować płytę z nieskrywaną satysfakcją za jednym posiedzeniem niczym niedzielny obiad. Naprawdę ciekawy jest to materiał, nie za długi, chyba w sam raz, żeby nie przesolić i później się nie frustrować, że płyta była za długa.

 Sam Tromsa

Cztery i pół