HARASAI – Psychotic Kingdom (Steel Quality Rec.)

Harasai gra thrash. Wystarczy? Nie? Harasai też nie wystarczył sam thrash i zespół wzbogacił swoje dźwięki o elementy melodyjnego death a nawet black metalu. W efekcie otrzymaliśmy muzę, która z jednej strony trzyma niezły poziom lecz z drugiej jest tak cholernie powtarzalna i schematyczna, że… aż strach.

Thrash/death w wykonaniu Harasai to muzyka agresywna i całkiem nieźle poukładana lecz mimo wszystko brak mi w tym graniu co najmniej kilku ważnych dla gatunku elementów. Dominujące (w pierwszej kompozycji) szybkie tempa, oscylujący w bardziej blackowych barwach wokal mogą sugerować, że „Psychotic Kingdom” kopać będzie aż miło, tak się jednak nie dzieje, bowiem schematyczność zabija tu charakterystyczny, thrashowy kop. Zamiast ostrych jak brzytwa cięć mamy kompozycje mocno podszyte melodią co w sumie nie jest złe, ale gdy dołożymy do tego brak własnego pomysłu i powielanie oklepanych patentów, robi się coraz mniej interesująco. Dość powiedzieć, że już same piosenki trzymają dość nierówny poziom i numery całkiem zjadliwe przeplatają się z żenująco słabymi.

Może jestem bardzo surowy, ale słuchając tego materiału co chwila łapię się na tym, że „gdzieś to już słyszałem”. A to klimatyczne, niemal balladowe granie w stylu Opeth lub dla odmiany melodyjne, cukierkowate blackowanie, jakim popisuje się choćby Children of Bodom. W sumie każdy z tych elementów jest na tyle poprawny, że ciężko jest się do czegoś konkretnego przyczepić, ale połączone składniki tworzą mieszankę, której osobiście strawić nie mogę.

Pisałem już wyżej o brakach i – owszem – braków tu mnogość. Jak na thrash/death brak tu ciężaru i brutalności. Jak na granie klimatyczne, brak mi tu emocji i dramaturgii. Mam wrażenie, że Harasai miał w planie stworzenie albumu, na którym każdy fan metalu znajdzie coś dla siebie i w sumie to im się udało. Tyle, że jak dla mnie „Psychotic kingdom” to materiał zbyt łatwy do rozszyfrowania. Płyta jakich wiele…

Wiesław Czajkowski

Dwa i pół