HAPPYSAD – Ciepło/zimno (Mystic Production)

Zanim ktoś bardziej porywczy postanowi mnie ukrzyżować za poniższe słowa, spieszę donieść, że zawsze interesowała mnie dobra muzyka, niezależnie, czy grana w tempie 45 bpm czy 250 bpm. W naszym portalu gościły już zespoły spoza death/grind/pokręconego grajdoła, dlaczego więc pominąć happysad, którzy stworzyli wreszcie płytę będącą apoteozą słów „rozrywka” i „ambicja”?

Dotychczasowe, mocno pogardliwe określenie „rock harcerski”, jakim częstowano happysad, w kontekście „Ciepło/zimno” nie ma zastosowania. Oczywiście, zespół nadal pozostaje nieprzejednany – liczy się przede wszystkim piosenka, dopiero później eksperyment, jeśli jakiś jest w ogóle brany pod uwagę. W zasadzie każdy kawałek z tej płyty posiada nośny, „stadionowy” refren, który na koncertach wszyscy będą chóralnie wrzeszczeć razem z zespołem. Co zatem się zmieniło – zmienił się sposób konstruowania warstwy instrumentalnej, szczególnie gitarowej. Zamiast prostych rozwiązań i akordów, zespół sięga do ciekawych harmonii, współbrzmień, bawiąc się instrumentami, które same w sobie stanowią smakowity kąsek. W tym aspekcie happysad sadowi się w miejscu, w którym Myslovitz zostawił płytę „Korova Milky Bar” – zarówno pod względem muzyki jak i pewnej, nostalgicznej nuty w tekstach.  Dlatego, poza melodiami, można znaleźć tu sporo fajnych, czasami pachnących improwizacją, luźnych dźwięków. Słuchając płyty miałem wrażenie,  że zespół dochodzi bardzo blisko miejsca, gdzie będzie musiał zdecydować, czy chce nadal grać radiowe hity, czy wkroczyć na samotną drogę eksperymentu. Być może słabe powodzenie ostatniej płyty wspomnianego Myslovitz na razie powstrzymuje naszych bohaterów, ale kto wie, co będzie dalej…

Proste, rytmiczne piosenki, które są kunsztownie skonstruowane. To najlepsza definicja takich kawałków jak „Wpuść mnie”, „Ciepło/zimno” czy „Bez znieczulenia”. Nie ma możliwości, by nie stały się murowanymi, koncertowymi powerplayerami. Reszta nie jest gorsza, co i rusz ujawniając różne aspiracje muzyków – będą to lata 60 – te w „Moście na krzywej”, piękny, southern’owy riff przewijający się przez „Niezapowiedzianą”, potężny, nowofalowy rock „Poznański”, czy delikatne smagnięcia psychodelią w „Wszystko co złe” i świetnym, kończącym płytę (nie liczę ukrytego „bonusa”…) „Nic nie zmieniać”, w którym zespół odchodzi nieco od tematyki dominującej (ech, te miłości plastelinowych chłopców…) na rzecz niemal rozliczeniowej refleksji nad życiem. Ktoś kiedyś zawyrokował, że dużo trudniej jest zrobić przebojową piosenkę niż zakręcony, awangardowy odjazd. Jeśli iść tym tropem, happysad bardzo ciężko pracowali nad płytą, bo oprócz tego, że stworzyli dziesięć murowanych przebojów, to jeszcze oprawili je w dźwięki odbiegające od „ogniskowego” banału. Warto także wspomnieć, że to kolejny zespół, który wyłamał się z tradycyjnej, „studyjnej” pracy na rzecz nagrywania w sielskich, wiejskich warunkach – w domu, zapewne oddalonym wiele kilometrów od najbliższej drogi. Jeśli jeszcze nagrania miały miejsce w stodole… to nasuwa mi się natrętne porównanie z płytą „Echosystem” Hey, też zresztą jednym z najlepszych (jeśli nie najlepszym) dzieł naszej niegdysiejszej gwiazdy. Widać sielskie warunki służą muzykantom…  Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym się czegoś nie przyczepił – przyznam się, że miałem/mam opory z zaakceptowaniem „firmowej” słabości happysad, czy natrętnego przestawiania akcentów w wyrazach i dostosowywania ich do rytmiki piosenki. Na pewno jest to charakterystyczne, ale trzeba manierę wokalną po prostu… zaakceptować. Potem jest duuużo łatwiej…

Patrzę w prawo, w lewo… nikt mnie nie kopnął, dlatego kończę swoje wywody. Nie powiem, że happysad zrewolucjonizuje polskiego rocka, bo na razie nie ma takich aspiracji, jednak pod warstwą piosenkowego lukru coraz wyraźniej czai się chęć pokombinowania. Już teraz wiele fragmentów z tej płyty brzmi jak luźny, niezobowiązujący jam, co jest dobrą prognozą na przyszłość. O ile dotychczas jakoś specjalnie nie śledziłem poczynań zespołu (podobnie jak w przypadku opisywanego gdzieś wyżej Farben Lehre…) to teraz z ciekawością zobaczę, co będzie dalej.

Arek Lerch