HANGMAN’S CHAIR – Hope///Dope///Rope (Bones Brigade)

Zespół znany pierwotnie jako poboczny projekt ludzi z Es la Guerilla i L’Esprit du Clan już jakiś czas temu przerodził się w samodzielny byt z prawdziwego zdarzenia. Stało się tak głównie za sprawą drugiego, rewelacyjnego albumu „Leaving Paris”, wydanego w 2010 roku, gdzie amerykańskie południowe brzmienie spod znaku Eyehategod czy Down doczekało się równorzędnej konkurencji na starym kontynencie.

Niespieszny, melancholijny i przygnębiający stoner sludge metal w wydaniu Hangman’s Chair to jeden z najlepszych produktów w tej branży na świecie. Rozpoczynający samobójczą przygodę „The Saddest Call”, podobnie jak najlepsze numery z debiutu „(A Lament for…) The Addicts”, przywołują momentami na myśli smutny klimat numerów Alice In Chains czy bardziej energetyczny Crowbar, oparte są na kapitalnych riffach, od których nie sposób się oderwać i świetne, zapadające w pamięć, linie wokalne. To największa siła francuskiej ekipy.

„Hope///Dope///Rope” to aranżacyjny majstersztyk. Kompozycje rozwijają się powoli, atmosfera narasta i gęstnieje z minuty na minutę. Każdy z siedmiu kawałków jest pierwszorzędnie napisany, ma swój charakter i jest wielkim pomnikiem frustracji, niespełnienia i żalu. Kołyszące tempo „A Scar to Remember” wprawia w błogi nastrój, a „Alley’s End” przyciąga uwagę przebojową melodią i spokojniejszymi, balladowymi fragmentami. Kończący album numer tytułowy to rozpoczynający się melorecytacją stonerowy monument ku czci riffu, mocy gitarowego pieca i uderzenia bębna basowego. Ścieżka dźwiękowa do pięknego końca świata.

Produkcja trzeciej płyty Francuzów jest bardziej garażowa, niż „Leaving Paris”, która mimo wszystko pozostaje ich największym dokonaniem. Niemniej jednak nowy album przynosi ładunek ujmujących autodestrukcyjnych emocji, bez których nie wyobrażam sobie dobrej sztuki. Każde ich nagranie jest jak zastrzyk morfiny pozwalający przetrwać kolejny dzień. Jestem uzależniony od dawna i na odwyk się nie wybieram.

 

Adam Drzewucki