Haemoth – In Nomine Odium (Debemur Morti )

Obrzydliwy ten Haemoth. Cuchnie piwnicą, stołem sekcyjnym i krwią dziewic spływającą po szczecinie odrąbanego świńskiego łba. No tak, wszak jesteśmy we Francji, a tam od pewnego czasu zły knuje przeciwko pokojowo nastawionej młodzieży i posypującemu głowę popiołem klerowi. Zły ma wiele imion, a dwóch panów z Vernouillet bardzo pragnie, aby od dziś tytułował się także mianem Haemoth.

To naturalnie nie pierwszy krzyk Francuzów i bardziej zaciekli eksploratorzy podziemia pewnie gdzieś na swoich półkach znajdą dwa poprzednie albumy, a może nawet liczne demówki i splity. Jednak chyba dopiero dzięki współpracy z Debemur Morti Haemoth i wtórujący mu za zestawem perkusyjnym Syth będą mogli wypłynąć na smolistą powierzchnię sceny. „In Nomine Odium” to 7 kawałków, za którymi panowie postawili sobie pewien koncept muzyczny. Nie wystarczy bowiem kłaniać się w pas intensywności kreowanej przez kumpli z DSO czy Antaeus, żeby zostać uznanym za nadzieję znad Loary czy Rodanu. Haemoth może nie zaskakuje złożonością swojej muzyki, ale z pewnością ledwie wyczuwalne thrashowe smaczki (pasaż w „Slaying the Blind”) czy zabawy z rozwleczonymi interwałami i pochodnymi drone’owego dysonansu („…And Then Came the Decease”) całkiem fajnie wzbogacają płytę. Czuć tu też echa norweskiej drugiej fali, która zgina karki hipnotycznymi riffami i sekwencjami rozłożonych akordów. Wydaje się, że na „In Nomine Odium” nie ma przypadku, a płyta jest dość dobrze przemyślana i stara się ani nie zmęczyć intensywnością („Demonik Omniscience” i „Disgrace”), ani nie zanudzić słuchacza transową materią („Spiritual Pestilence” i „Son of the Black Light”). Może Francuzi odrobinkę przeholowali z drugim z elementów, bo płyta zawiera aż 3 utwory, które sięgają 9 minut, a przy tym poprzetykane są dziwacznymi interwałami, sprzężeniami i zawodzeniem kościelnych organów, ale nie ukrywam, że eksplorowanie tej chaotycznej i nieprzyjemnej materii może momentami przynosić swego rodzaju czarcią satysfakcję.

Lubię, gdy płyta wywołuje u mnie skrajne emocje, a im bardziej wgryzam się w „In Nomine Odium”, im głębiej wnikam w warstwę smaczków, tym bardziej trzeci album Francuzów do mnie przemawia i zyskuje na wartości. Nie nazwę go arcydziełem gatunku, ale z pewnością jest to płyta przełomowa dla Haemoth, co docenią z pewnością ci, których zawiódł nieco ostatni krążek DSO. Myślę, że niedługo staną w szranki z bardziej utytułowanymi miłośnikami czorta, grobów i śmierci.

 

 

Dooban