GRUESOME – Savage Land (Relapse)

Pieprzyć oryginalność. Istnieją zapewne setki płyt wyróżniających się stylem, ale zapomnianych ze względu na brak tego czegoś, co daje słuchaczowi frajdę. Tym czymś jest najczęściej zapadający w pamięć riff, dookoła którego można (ale nie trzeba) budować misterne muzyczne konstrukcje. W tym kontekście nie dziwi chęć powrotu do tego, co cieszyło nas, kiedy byliśmy nastolatkami. Proste, sprawdzone wzorce i kawałki, które można zanucić przy goleniu. Teoretycznie przy takiej formule rzecz nie ma prawa się nie udać. A jednak…

Przy całej mojej sympatii dla muzyków zaangażowanych w Gruesome i idei towarzyszącej temu projektowi, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś tu kogoś robi w jajo. Nie, nie chodzi mi o idiotyczne zarzuty typu „projekt stworzony dla kasy”, bo jeśli nawet Relapse zarobi na „Savage Land” jakiś pieniądz, to domu z basenem nikt sobie za to raczej nie postawi. Być może da się death metalem zapracować na „koks i dziwki”, ale o ile nie jesteś muzykiem Behemoth, to są to pewnie jakieś stare rezydentki dworca, wciągające krzywymi nochalami proszek do prania z dyskontu. W każdym razie obstawiam, że za powołaniem do życia Gruesome stoi szczera chęć złożenia hołdu młodzieńczym fascynacjom i nic ponadto. Może i wypadałoby temu przyklasnąć, bo przecież płyt nawiązujących tak mocno do wczesnej twórczości Death nie ma znowu aż tak wiele i głód takiej muzyki nie jest do końca zaspokojony. Na pewno słychać w tych dźwiękach radość grania, ale brakuje jakiejś cząstki muzycznego fanatyzmu czy, ujmując to inaczej, pójścia po bandzie. Mimo sporej dawki humoru zawartej na „Scream Bloody Gore” i „Leprosy”, czuć na tych płytach, że ci młodzi ludzie żyli tym, co robili. Tymczasem „Savage Land” to tylko weekendowa zabawa starzejących się dziwaków.Gruesome

Nie to, żeby samo w sobie było to czymś złym, ale też nie można oczekiwać, że taka muzyka uderzy z mocą podobną do swoich wzorców. Ewidentnym też staje się fakt, że o ile można skopiować brzmienie tamtych płyt i riffy Chucka Schuldinera, o tyle jego talentu kompozytorskiego tak łatwo podrobić się nie da. Nie popisał się też Ed Repka, którego obraz zdobiący okładkę tej płyty jest tylko pobożnym życzeniem nawiązania do jego klasycznych prac. I dlatego „Savage Land” jest trochę jak gumowa lalka przebrana za dziewczynę, w której kochałeś się w czasach liceum. Może dać trochę radości, ale serducho mocniej nie zabije.

Michał Spryszak

Trzy i pół