GRINDERMAN – Grinderman 2 (Warner/Mute)

Dla Nicka Cave’a przeprowadzka do Wielkiej Brytanii była zbawiennym posunięciem. Ostatnie lata należą do zdecydowanie tłustych i nikt, kto wychował się na ponurych balladach Australijczyka, nie ma powodów do narzekań. Drugi krążek alter ego Cave’a to bezbolesna podróż do czasów, kiedy nasz bohater niewiele widział zza narkotykowych oparów.

Zabawna sytuacja z tym Grindermanem. Cave powołał projekt do życia, by pograć mocniejszą, muzykę dokładnie wtedy, kiedy w ramach The Bad Seeds także zaczął grać mocniej i bardziej zgrzytliwie. W dodatku Grinderman miał być zasadniczo powrotem do czasów The Birthday Party, tymczasem ja na „dwójce” słyszę głównie tęsknotę za wczesnym okresem solowej działalności  Nicolasa Edwarda Cave’a.

Początek płyty, zgodnie z prawidłami dramaturgii to cios w twarz. Pieniący się od zgrzytów gitar „Mickey Mouse And The Goodbye Man” z charakterystycznym dla Cave’a narastaniem dynamiki ujawnia fascynację stoner rockiem (Warren Elllis uważa wręcz, że Grinderman to stoner rockowy zespół…), za nim kroczą przesterowany „Heathen Child” (z dość dwuznacznym w wymowie teledyskiem) i nawiązujący istotnie do etosu The Birthday Party „Worm Tamer”.  Jednak już „Evil” to wyraźny ukłon w stronę czasów „Tender Prey” czy „Henry’s Dream”. Podobnie pulsuje werblująca perkusja, podobne są aranżacyjne zabiegi, jedynie schowane za parawanem zgrzytów. Być może więcej tu wściekłości i chaosu,  jak w pijanym bluesie „Bellringer Blues” gdzie spada na nasze uszy groteskowy jarmark dźwięków. Przeciwwagę do tych kompozycji stanowią rzeczy spokojniejsze, tak jak wyciszony trans „What I Know” czy „When My Baby Comes”, świetnie rozwijający się od ballady, przez psychodeliczne rozchwianie aż do hałaśliwego finału. W tych numerach Cave i Warren Ellis dali upust swojej eksperymentatorskiej naturze, znakomicie aranżując klasyczne pomysły i brzmienia z wykręcającymi twarz sprzęgami, dysonansami i czystym, niemuzycznym hałasem. Nie wiadomo do końca, gdzie Cave chce dojść, bo spod całej gamy wściekłych dźwięków wyłania się znakomita, choć bezkompromisowa muzyka. Wątpliwości nie ma za to przy „Palaces of Montezuma” – nachalna melodia rodem z lat 80 – tych, konstrukcja gdzieś z okolic „Let Love In” i porywający, ekstatyczny w swojej chwytliwości refren. Nie mógł, cwaniak, się opanować i jak zwykle udowodnił, że te amuzyczne wycieczki to tylko jego kaprys, bo jak chce, bije na głowę wszystkich kompozytorów współczesnej muzyki pop. Co nie znaczy, że tą płytą osiągnie szczyty popularności. Bo to nadal w pierwszej kolejności brutalny atak pozornie nieskoordynowanych dźwięków z piekła rodem. Druga płyta Grindermana jest zdecydowanie dojrzałym kawałkiem muzycznej wędrówki, świadomym zanurzeniem się w przeszłości i próbą odnalezienia siebie przez artystę, który nie musi się już buntować. Choć trudno nie uznać tej płyty za objaw jak najszczerszego buntu. Od siebie dodam – bardzo subiektywnie – że oceniam płytę najwyżej jak można, bo też nie mam zamiaru ukrywać swojego uwielbienia dla niekwestionowanego talentu brzydala z Australii. Żyj sto lat, Nick!

Arek Lerch 

Sześć