GRIN – Gnosis (Deformeathing)

Ciekawe, czy gdybym nie znał członków zespołu Grin osobiście, to odbierałbym ich muzykę tak samo. I czy też pomyślałbym o „Gnosis” jako o albumie starych ludzi wystruganych z metalu, ale trzymających ucho przy szynach i wąchających co tam się w mocnym graniu dziś dzieje… Nawet, jeśli dzieje się niewiele. Jasne, że aspekt towarzyski zakrzywia obiektywizm, ale i tak spróbujmy. 

Grin wziął się z Ghost – deathmetalowego zespołu z lat 90., jednego z tych, o których mówimy kiwając głowami: „no tak, oni powinni byli być więksi i zajść dużo dalej”, i wszyscy się zgadzają, ale niewiele z tego wynika. Ich kariera zgasła przedwcześnie, a legendę podtrzymywał głównie kolekcjonerski kult i jedyna płyta przez długi czas cwałująca przez portale aukcyjne jako czarny koń. Zrodzony jeszcze w latach 90. Grin niby łapał w żagle wiatr „nowoczesności”, ale nigdy na tyle, by dopłynąć do portu „własny album”, co dane im było dopiero w 2018. Mniejsza o to, czy tak musiało być i ile koncertów w gdańskim „Metrze” trzeba zagrać, zanim zmontuje się materiał na swój debiut. „Gnosis” wreszcie jest – spóźniony może kilka, a może dwadzieściakilka lat względem mody, a przy tym na tyle współczesny, by nie brzmieć jak odklejona ramota. Trop zasugerowany w nazwie jest słuszny, bo korzenie Grin tkwią w „techno-thrashu” i czasach, kiedy ktoś jeszcze używał tego określenia, czyli w rejonie środkowych płyt Coroner, Voivod i Believer. Ewentualne progresywne zapędy tłumione są z jednej strony wyraźnie thrash/deathmetalowym charakterem „Gnosis”, a z drugiej wszechobecną Gojira. Grin – obiecujący debiutant z 20-letnim stażem – nie próbuje być młodzieżowy. W ich muzyce nie ma skocznego metalcore’a, śpiewnych wokali, aranżacyjnych uatrakcyjnień ani jakichkolwiek prób bycia fajnym zespołem z portfelem przypiętym do spodni łańcuchem z kulek. „Gnosis” to surowy, do cna metalowy album, który czyta Gojirę oczami certyfikowanych sierściuchów. W tym jego siła i źródło legitności, w tym też przekleństwo, bo z tym płaskim, jednowymiarowym wokalem i tym podejściem do grania jest to patent na jedną płytę. Jedną udaną i błyskotliwie napisaną płytę. A co dalej?Grin

I znów, może to osobista relacja z zespołem determinuje spojrzenie, ale „Gnosis” sprawia wrażenie podsumowania przeszłości nawet, jeśli numery mogą być same w sobie świeże. Siłą rzeczy Grin nie jest zespołem, który biegnie podpalić świat swoim znerwicowanym, młodzieńczym debiutem. Ich album twardo stoi na fundamencie ukochanej muzyki członków zespołu, pozwala im wygrać się z popisowych riffów, ale nie traci z oczu dobrych numerów. Wszystkiego jest akurat tyle, aby materiał był udany, aby jego surowość zagrała na jego korzyść i aby trafił do wąskiego grona fanów technicznego metalu. Czy tyle wystarczy na kolejną płytę, czas (i Grin) pokaże.

Bartosz Cieślak

Cztery i pół