GRIN – A Scanner Darkly (wyd. własne)

Przez ciemne zwierciadło. Tak w polskim przekładzie nazywa się powieść Philipa K. Dicka, od której zespół Grin zaczerpnął tytuł dla swojego najnowszego materiału. Można więc oczekiwać czegoś niepokojącego i przytłaczającego, ponurej wycieczki ciemnymi korytarzami ludzkiej psychiki. I rzeczywiście, taką właśnie podróż fundują nam sopoccy muzycy. Przy dźwiękach adekwatnych do historii, które te piosenki opowiadają.

Rozwiewając ewentualne wątpliwości, Grin jest zespołem metalowym. Jest to jednak metal daleki od tego co znamy z okładek kolorowych gazet. Gdybym musiał tę muzykę zaszufladkować, umieściłbym ją gdzieś w połowie drogi pomiędzy technicznym thrashem, a tym bardziej „inteligentnym” death metalem. Oprócz oczywistych w kontekście nazwy zespołu skojarzeń z Coroner, słychać tu także wpływy Voivod, czy nawet Atheist, tak jak w drugim na płytce „I’m the Machine”. Warto zaznaczyć, że podobnie jak u wyżej wymienionych, tak i u Grin niekonwencjonalne rozwiązania aranżacyjne nie zabijają dynamiki. Innymi słowy, jest to muzyka na swój sposób przebojowa i dla osoby przyzwyczajonej do tej estetyki dość łatwa w odbiorze. Fakt faktem, że wychwycenie wszystkich aranżacyjnych smaczków wymaga co najmniej kilku przesłuchań, ale na szczęście zespół dba o to, żeby w jego muzyce było tylko to, co być powinno.

Nie jestem pewien czy zmiana języka tekstów na angielski to dobry pomysł, ale to już taki mój osobisty fetysz, że wolę po polsku. Może też pokusiłbym się w przyszłości o nieco większe zróżnicowanie w warstwie wokalnej, bo o ile growl Kurta nie odstaje aż tak bardzo od tego, co dzieje się w podkładzie muzycznym, o tyle póki co odbieram go bardziej jako dodatek, niż jako wiodący element tej muzyki. Generalnie nie są to jednak rzeczy, które jakoś mocno by mi na „A Scanner Darkly” przeszkadzały.Grin 1

Ciekaw byłem, czy w nagraniach studyjnych uda im się odtworzyć tę energię, którą znam z ich koncertów, bo wiele zespołów się na tym wykłada. Na szczęście „A Scanner Darkly” pokazuje jak można taką muzykę nagrać nie kastrując jej pod kątem tego, co w danej chwili jest modne. To jest żywa, przestrzenna produkcja, która nie męczy ucha. Może jeszcze nie jest to szczyt marzeń, ale już na ten moment Grin brzmi lepiej, niż niejeden zespół wydawany przez dużą wytwórnię. Pewnie nie ma się co dziwić, skoro ci muzycy szlifowali swoje umiejętności w składach takich jak Blindead czy Hell-Born. Wierzę jednak, że dopiero debiutancki album pokaże pełnię ich możliwości i jeśli uda im się go nagrać w przyszłym roku, to powinien niejednego posłać na deski. Na razie mamy świeżutki materiał promocyjny z trzema mocnymi ciosami, które na pewno uświadomią co poniektórym, że z Grin nie ma żartów.

Michał Spryszak

Cztery i pół