GREY – Whoneedsyou (Bastardized Rec.)

Hamburski kwartet Grey zaintrygował mnie swojsko brzmiącymi nazwiskami muzyków (Murawski, Czakowski, Pablotzki…), okładką autorstwa Jakuba Kujawy i nazwą. W sumie myślałem, że otrzymam równie intrygującą muzykę, jednak tutaj już nie było tak łatwo.

Kwartet proponuje dość ciężkostrawną odmianę metalcore’a, bazującą na schizofrenicznie pogiętych gitarach, psychotycznych zgrzytach i szumach, ujętych w ramy dość zróżnicowanej rytmiki. Bo i mamy tu fragmenty bardziej motoryczne, pojawiają się sporadycznie czyste partie wokalne, ale często zespół zanurza się w gęstwinach sludge metalu („Through The Roof, Underground”), potrafi też ciekawie połamać dźwięki („Farthquake Bellies Pt 1&Pt 2”), gdzie poszarpanej rytmice bardzo fajnie partneruje znerwicowana, dysonansowa gitara. Na tym tle dobrze sprawdzają się te prostsze ataki, np. „Hangoverweekendmelancholia” (nazwy wyrzucają z butów…), gdzie robi się zdecydowanie bardziej przestrzennie. Trudność muzyki polega w dużej mierze na dosyć rozciągniętych utworach, w zasadzie trzeba dać się ponieść dźwiękom, smakować klimat i zapomnieć o bardziej dosadnych uderzeniach. Największą zaletą jest zaś fakt, że mimo bardzo wyraźnej przynależności do metalcore’owej zgrai, Grey tworzy muzykę opartą na zgoła nie – metalcore’owych kompozycjach, gdzie gitarowy „work” polega się na bardziej psychotycznych poszukiwaniach, na większej dozie klimatu, nawet jeśli uzyskiwany jest w mało oczywisty sposób. Klimatyczny neo – metalcore – to moja szufladka i jeśli ktoś chce się przekonać, czy słuszność jest w tych moich pomysłach, zapraszam do lektury płyty. Kolejny przykład na powolne odradzanie się gatunku – z poczwarki wykluwają się zespoły, które za jakiś czas, jeśli czegoś nie spieprzą po drodze, zdetronizują te oklepane już Calibany i Maroony, które w swoich poszukiwaniach amerykańskiego sukcesu zaprzepaściły własną tożsamość.

Arek Lerch 4