GREAT AMERICAN GHOST – Everything Leaves (Good Fight Music)

Głowię się do czego nawiązuje nazwa bostońskich rzeźników z Great American Ghost, i mimo potężnych zasobów Internetu, okazuje się, że jest to po prostu zlepek wyrazów. Jeśli się mylę, poprawcie mnie a czeka was nagroda; nim to nastąpi, posłuchajcie drugiego albumu sensacji ostatnich miesięcy, a gwarantuję, że do krążka stanowiącego nową definicję wkurwienia będziecie wracać równie często jak do ostatniego Nails.

Skąd to porównanie? Ano, z dość prostej przyczyny – obie grupy łoją na potęgę, nienawidząc całego świata i nie sposób się z nimi nie zgodzić. Paleta tematów poruszana w lirykach jasno daje do zrozumienia z jakim typem artystów się spotykamy i bynajmniej nie jak przypadku wokalisty The Acacia Strain, mamy do czynienia z grupą ludzi, którzy niespecjalnie pałają jakąkolwiek sympatią do zmierzającego do zagłady świata. Zwykło się mówić, że muzyka to sposób na ujście emocji. Słuchając „Everyone Leaves” nawet nie chcę wiedzieć, co dokładnie powoduje taki „upust”, oraz które kwestie wkurwiają tych panów najbardziej, a jako, że w Stanach wcale nie jest tak kolorowo jak nam się wydaje, nowy krążek tej hordy traktuję jako dość dobry i maksymalnie szczery opis tamtejszej rzeczywistości. Swoją drogą, pod tym względem blisko Great American Ghost do Integrity i nieistniejącego od niedawna Foundation.GAG

A skoro mowa o tych dwóch zespołach, to do puli nazw-odnośników dorzucę jeszcze Ringworm i Pig Destroyer. Kwintet choć robi to stosunkowo rzadko, kiedy trzeba nie odcina się od łamańców, thrash metalu czy bezlitosnej, niemal grindcore’owej młócki. W głównej mierze jest to jednak quasi-beatdown’owe łojenie, acz przyznać trzeba, że w chwilach, kiedy tempo zostaje podkręcone o 200 %, dzieją się rzeczy szalone i mniemam, że na koncertach przypominające dzicz spod znaku Converge. Bostońska horda pojęła jeszcze jedną rzecz – samo szaleństwo to nie wszystko, dlatego krążek momentami niebezpiecznie zbacza na rejony sludge’owe à la Brutality Will Prevail – i tu nie ukrywam – są to najlepsze momenty całej płyty. Od jakiegoś czasu jest moda na tego typu granie (zwłaszcza w UK) i życzyłbym sobie aby powstawało jak najwięcej takich albumów. Będących kwintesencją nienawiści, a jednak pozwalających w niektórych momentach rock’n’rollowo pomachać baniakiem.
Krzyczcie zatem razem z Bostończykami, niszczcie do popadnie, a przede wszystkim, zapamiętajcie, że bez przynajmniej jednego „An Ever Changing Cast of Characters” dzień będzie stracony. Muszą trafić do Europy. Muszą.

Grzegorz „Chain” Pindor

Cztery i pół