GRAVEHILL – Rites of the Pentagram/Metal of Death (Ibex Moon Rec.)

Pochodzący z Anaheim (USA) zespół to dość leniwa banda, bo pierwszą ep-kę zarejestrowali w 2001 roku a cały album powstał dopiero w 2009. Opisywany materiał jest kompilacją debiutu i wydanego w 2007 roku dema.

Gravehill to kliniczny przykład na odżywanie starych idei w kolejnych pokoleniach zainfekowanych metalem. Zamiast zastanawiać się, jak przesunąć granice ekstremy albo jak połączyć melodię z grobowym riffem czy też komplikować muzykę tak, że nie można jej zrozumieć, Amerykańce cofnęli się do początków lat 90 – tych a może jeszcze dalej i zebrali wszystko to, co wówczas stanowiło o sile muzyki metalowej. Powstała z tego mieszanka, która tu i ówdzie nazywana jest kultową. Miks starego, atawistycznego (a może lepiej – intuicyjnego?) black metalu z thrashem w swojej pierwotnej, wulgarnej odmianie owocuje muzyką, która głównie dotrze do muzycznych troglodytów. I porównanie bardzo dobre jest, bo wrzaski, skórzane odzienia i raczej mało wyszukany stosunek do świata to przecież domena oldskulowców, no nie?

Ok., dość błazenady, bo w sumie, w zestawieniu z wieloma grającymi w podobnym okresie zespołami, Gravehill ma sporo do przekazania. Główne danie to – co oczywiste – piękne i szybkie naparzanie („Rites of the Pentagram”, „Decibel Ritual” czy oparty na prymitywnym retro – blaście „One Million Deaa&Counting”) czy też thrash’owe, motoryczne pochody („The Luciferian Mark” kłaniający się nisko Slayer czy piękny w swym zaprzaństwie gatunkowym „By Scourge&Wrath”). Słuchając tych kawałków ma się wrażenie, że zespół przez ostatnie dwadzieścia lat przebywał na wygnaniu i nie za bardzo orientuje się, co piszczy (ryczy??) w muzycznym biznesie. Tak hermetycznej muzyki, gdzie nie można uświadczyć choćby minuty bardziej nowoczesnych dźwięków ze świecą szukać. Ale i tu trafiają się całkiem zgrabnie skonstruowane pieśni – popisowym numerem na koncertach jest zapewne „Pissing On Your Grave”, gdzie w rozbudowanej aranżacji i wśród licznych zmian temp zespół poupychał sporo popisów instrumentalnych, pokazując, że nawet oldskulowcy potrafią przebierać paluchami w całkiem sensowny sposób. A nawet potrafią komponować piękne riffy, czego przykładem jest najlepsza petarda na płycie – „Bloodsoaked”. W sumie, mimo lekkiego sarkazmu, bijącego z powyższych słów, Gravehill to sprawna pakieta, mająca dobrą rękę do układania fajnych kawałków. Nie wymyślą już niczego nowego, zawsze będą siedzieć w starej szkole, ale akurat teraz, kiedy w dobrym tonie jest zachwycać się załogami sprzed lat, kiedy jeszcze nikt nie myślał o graniu, co najwyżej o piciu piwa, „Rites of the Pentagram” pada na jakże podatny grunt. I wolę ich od całej bandy retro – maniaków, którzy oprócz wyciągania z szaf swoich wujków starych, przegryzionych przez mole katan z naszywkami, potrafią grać. To też jakaś zaleta, prawda?

PS. Końcówka płyty, czyli pięć kawałków to wspomniane demo, całkiem fajnie komponujące się z zasadniczym materiałem, może poza tym, że odstaje – co chyba oczywiste – brzmieniowo od reszty…

Arek Lerch 4