GRAVE PLEASURES – Motherblood (Century Media)

Przysłuchując się nowemu krążkowi Grave Pleasures, zadumałem się, kiedy też McNerneya uwierać zaczną, niezbyt przecież obszerne, ramy, w które wtłoczył siebie samego. Na razie oznak zmęczenia materiału nie odnotowuję. Słowa „śmierć”, „apokalipsa” czy „atomowy” znowu odmieniane są przez wszystkie przypadki. A znużenie słuchacza? Nie ma o nim mowy, bo – chociaż Matt nie idzie w słowotwórstwo, ani to dosłowne, ani muzyczne – raz jeszcze bronią go piosenki.

Chyba wszyscy pamiętają, jakie spustoszenie w metalowych (i nie tylko) kręgach wywołał debiut Beastmilk, „Climax”. Olśnieni apokaliptycznym blaskiem, wszarze nagle poczęli odkrywać dla siebie Bauhaus czy Fields of the Nephilim. Tym, co z miejsca uczyniło ów krążek małym klasykiem, było niesamowite wręcz stężenie post – punkowych przebojów: na swój sposób bujających, choć niebanalnych. A jeżeli taniec, to najlepiej – wiadomo – taki ramię w ramię z zagonem szkieletów. Zabawa nie trwała jednak szczególnie długo, jako, że szeregi grupy nawiedziła zaraza zmian. Odszedł chociażby gitarzysta Goatspeed, który, jak głosi miejska legenda, był głównym odpowiedzialnym za powodzenie „Climax”. Następca debiutu, wydany już pod zmienioną nazwą, zdawał się potwierdzać powyższą tezę. Momenty, owszem, były – chociażby w postaci numerów singlowych – jednakże spora część materiału, który znalazł się na „Dreamcrash”, brzmiała najzwyczajniej w świecie przeciętnie i nieprzekonująco.

Głosy o śmierci fenomenu okazały się jednak przedwczesne. Mój apetyt zaostrzyły pokazane w sieci przed premierą „Infatuation Overkill” oraz „Be My Hiroshima”, chociaż wciąż pozwalałem sobie na pewną dawkę sceptycyzmu. Nie bardzo wierzyłem, by grupa potrafiła utrzymać takie napięcie na długości całego albumu. A później… cóż, spotkałem sympatycznego Anglika, który jął przekonywać mnie, że nowy krążek jest PRZYNAJMNIEJ równie dobry, co „Climax”, zaś następca debiutu: po pierwsze, nie był taki znów nieudany, a po drugie, stanowił nie potknięcie, a odzwierciedlenie ówczesnych ciągotek McNerneya. Na moje wątpiące stwierdzenie, że bardzo dobrze to już raczej nie będzie, nie ma bowiem głównego kompozytora „Climax”, odpowiedział, że legenda to w istocie legenda, a Matt maczał palce (i to kilka, nie jeden) w pisaniu tamtego materiału. W tamtym momencie byłem już niemalże nawrócony; pozostało jedynie sprawdzić, jak sprawy mają się w rzeczywistości.foto Anton Coene

Anglik miał rację. Nauczony doświadczeniem, dałem temu albumowi trochę czasu, by odpowiednio urósł i zakorzenił się w umyśle. Szansę wykorzystał, a ja podejrzewam, że wyplenić się go już nie da. Może nie ma tutaj przebojów tak oczywistych, jak „Genocidal Crush” czy „Death Reflects Us”, jednak kto wie, czy w całościowym obrazie nie jest to album nawet równiejszy, niż „Climax”. Składa się na niego dziesięć dobrych piosenek, które – w przeciwieństwie do debiutu – nie tworzą, w moim odczuciu, jednej historii. Każda z nich jest raczej opowieścią samą w sobie. Nie chcę bynajmniej powiedzieć, że „Motherblood” to rzecz niespójna, po prostu – jest mniej monolityczna, niż poprzednie wydawnictwa grupy. Mniej tu także wydumania, brak wycieczek w shoegaze rodem z „Ghosts Out Of Focus” – piosenki są zwarte i stężone. Sprawą, którą niezwykle sobie cenię, jest nieafiszowanie się z geniuszem, który, no właśnie, nadużywany znacząco traci na uroku. Tutaj znajduję go w formie, do jakiej zespół zdążyć przyzwyczaić: jest schowany, niepozorny, przemykający ukradkiem w postaci jakiegoś „złamanego” motywu chociażby. Faworyci? Jak zaznaczyłem, to niemożliwie wręcz równy album – mimo wszystko, nie sposób nie wspomnieć o rwanym, niby oczywistym, choć przecież pięknym, refrenie „Joy Through Death” czy bujającym, „nephilimowym”, „Falling For An Atom Bomb”. Czy nowy krążek dorównuje – a może przewyższa – niezapomniany „Climax”? Nie mam pojęcia. Te piosenki muszą się dobrze przegryźć i dojrzeć. Nie umiem takiej możliwości wykluczyć, a to oznacza jedno – Beastmilk znów żyje. I jest to życie nasączone śmiercią.

Adam Gościniak

Pięć