GRAND SUPREME BLOOD COURT – Bow Down Before the Blood Court (Century Media)

Goście z Asphyx prawdopodobnie zdecydowali, że głupio byłoby wydać dwie płyty w jednym roku, a że “Deathhammer” ukazała się w lutym 2012, z kolejnym albumem mądrze będzie odczekać jeszcze chwilę. Co jednak robić, gdy death metalem się żyje i tylko death metal potrafi się grać? Co robić, jak stary dobry kolega, czyli Eric Daniels, gitarzysta z czasów „The Rack” i „Last One on Earth”, proponuje małe co nieco? Odmówić przecież nie wypada!

 

Mimo faktu, że w Grand Supreme Blood Court udzielają się trzy osoby z aktualnego składu Asphyx — wokalista Martin van Drunen, bębniarz Bob Bagchus i grający tutaj na sześciu strunach basista Alwin Zuur, nowy zespół nie jest klonem Asphyx. Być może jest to teza niezwykle trudna do udowodnienia osobom, które nie znają bliżej dorobku holenderskich sadystów. Diabeł bowiem tkwi w szczegółach, a te w przypadku tradycyjnej, death metalowej sieczki są naprawdę specyficzne. Na pierwszy rzut ucha obie kapele to jedno i to samo, ale wystarczy chwila uwagi i okazuje się, że ze względu na dwóch gitarzystów kompozycje GSBC są zdecydowanie bardziej rozbudowane pod kątem riffów i solówek. Bliżej im choćby do numerów Soulburn, projektu Danielsa i Bagchusa, który nagrał tylko jeden, aczkolwiek świetny album w 1998 roku.

Holendrzy nie założyli Grand Supreme Blood Court po to by przełamywać bariery między metalowymi podgatunkami lub bezkarnie eksperymentować, czego nie chcą robić także z Asphyx czy Hail of Bullets. Chodzi im jedynie o granie czystego death metalu. W związku z tym czy taki album może czymkolwiek się odznaczyć i wnieść cokolwiek do gatunku? Stanowczo nie! Czy może zatem cieszyć? Stokrotne tak! Przecież nie sposób wyobrazić sobie fanów „Brudnego Harry’ego”, protestujących przeciwko Clintowi Eastwoodowi kręcącemu kolejny film o detektywie Callahanie. Jeśli się coś kocha, można konsumować to w nieskończoność.

Grand Supreme Blood Court to death metal dla zaawansowanych. Nie ma tu jednak żadnych popisów technicznych ani aranżacji godnych kompozytorów o najbardziej wybujałej wyobraźni. Żeby docenić ten materiał trzeba uwielbiać oldschoolowe brzmienie, tradycyjne podejście do tematu i ściśle określone cechy gatunku. Krótko mówiąc, trzeba mieć fioła na punkcie takiego grania. W innym przypadku trudno będzie o zachwyt.

 

Adam Drzewucki