GOVERNMENT FLU – Like Letters E.P. (GF Records/NNNW/Too Many Skulls Records)

Hardcore w Polsce ma się lepiej niż kiedykolwiek. Ilość zespołów jest przeogromna i nie chodzi wcale o to, że „śpiewać każdy może”, ale raczej o fakt, że scena przeżywa rozkwit. Nadal czynni są starsi muzycy a wokół pełno młodych wilczków. Government Flu raczej do młodzików nie należy, bo jego muzycy na niejednej scenie Europy zostawili resztki włosów. Wyróżnia się raczej postawą i muzyką, która pokazuje jakie i gdzie są korzenie prawdziwego punk rocka. Co jest bardzo ważnie w świecie, gdzie wszystkie muzyczne style kopulują ze sobą w najdziwniejszych i często trudnych do wyobrażenia konfiguracjach. W tym świecie GF to ostoja rasowego podejścia do stylistyki i etosu hc/punk.

Najnowsza ep – ka, która powstała dość szybko w stosunku dostatniego lp „Are You Sorry Now?” (choć tego raczej nie słychać…) to kilka krótkich kawałków, z których autorskie petardy uzupełnione zostały kowerami, jeszcze bardziej pokazującymi swoiste status quo zespołu. I od nich właśnie zamierzam rozpocząć. Pierwsza konkluzja jest taka, że w zasadzie te kawałki mogłyby być… numerami GF. Takie pokrewieństwo stylistyczne świadczy o tym, że w żyłach kwartetu płynie czysty hardcore. Pokazując swoje korzenie muzycy wybrali kawałki Jerry’s Kids, Void, Necros i Antidote (znakomity „Something Must Be Done”). Każdy, kto troszkę siedzi w tej muzyce, wie, że wymienione zespoły, choć może nie zdobyły jakiejś straszliwej popularności, były, że tak to ujmę, solą niezależnej sceny. Tak jak i GF…

Z kolei kawałki Government Flu zostały spontanicznie zarejestrowane na sali prób i prezentują typowe, „grypowe” podejście do tematu – krótko, poniżej minuty, zawsze stylowo i zajadle. Zmiany? Oczywiście, że są. Np. nowy – kolejny! – pałker Wolfi (znany tu i ówdzie muzykant, min. The Fight), który idealnie do załogi pasuje. Jego niewymuszona, luźna gra i power nadają muzyce GF jeszcze większego „kopyta”. Osobiście uważam, że najfajniejsze kawałki to „Navy Blue” i „If I…” ze znakomitym – no właśnie – bębnieniem. Obok wściekłych galopad nie zabrakło nieco wolniejszych songów, jak chociażby numer tytułowy.

Government Flu pozostaje jak zawsze nieprzejednany, ale za to trzeba ich cenić. Za to, że się nie sprzedają i że wbrew oczekiwaniom niektórych (jak np. niżej podpisanego…) pokazują wielkiego faka kompaktom, wydając  ep – kę na jedynie słusznym – winylowym – nośniku. Esencjonalizm muzyki GF to najlepsza inkarnacja starej szkoły zaangażowanego hc/punka (brzmienie…), przefiltrowana przez współczesne pojmowanie tej muzyki. GF jako taki, nie ma dzisiaj konkurencji pozostając jednym z nielicznych zespołów opierających się wszechobecnej dominacji metalu na scenie hc, dając oprócz dobrej zabawy także kilka godnych uwagi przemyśleń. Epidemia grypy wciąż niepokonana i zbiera jak najbardziej zasłużone żniwo.

Arek Lerch