GORGUTS  – Colored Sands (Season of Mist)

Lubię myśleć o nowym dziele Gorguts nie jak o klasycznym comeback’u metalowych weteranów po dawną sławę i używanego Dodge’a z małym przebiegiem (patrz Autopussy i The Carscass – szyfryzacja w obawie o własne życie) lecz raczej jak o efekcie starań wciąż funkcjonującego zespołu, który pokonawszy slalom między nieboszczykami, cały czas obstawał przy tym, że dyskografia Gorguts pozostałaby niekompletna bez następcy „From Wisdom To Hate”. Luc Lemay zaopatrzywszy się zawczasu w zdrowe humanoidy w sieci Dim Mak & Krallice Wymiatacze Ltd., uznał wreszcie, że w 2013 roku on i świat są na siebie gotowi.

Jakby nie patrzeć, death metalowy Gorguts pozostawał względnie martwy jedynie przez trzy lata (2005-2008), a i w tym czasie Pinky (Hurdle) i Mózg (Lemay) zapragnęli ponownie opanować świat za pomocą akcji o kryptonimie „Negativa”. W obozie Kanadyjczyków wojska rozstawiono, lecz wódz sygnału do ataku nie wydał. Gorguts drzemał czujnie, ale i spokojnie, bo cieszyło się jego oblicze, że duch wydanej w 1998 roku płyty „Obscura” przez swoją złożoność, przestrzenność i emocjonalność pozostawał nadal a la mode. Bo choć metalowy świat stał się bardziej agresywny i precyzyjny, to właśnie przestrzenność i emocjonalność stały się pożądanymi (choć już nie ekskluzywnymi) towarami na czarnym i śmierciowym rynku. Z jaj wysiadywanych przez Demilich czy Gorguts wykluło się wiele ciekawych krzyżówek ptaków (Ephel Duath, Ulcerate, Mitochondrion), które pomysł na budowanie utworu w oparciu o kilka niepasujących do siebie dźwięków i zakręcenie nimi w czasie zaadoptowały jako własny i ciekawie rozwinęły, wijąc swoje gniazda z porzuconych sznurowadeł współtwórcy „Obscura” – Steeva Hurdle (1971-2012). Coś co mogło szokować, dziwić, a przynajmniej sprawiać, że przeciętny maniak death metalu drapał się skołowany po głowie, dzisiaj stało się naturalną częścią języka wypowiedzi wielu zespołów. Dysonanse, polirytmia, synkopy. Czekoladowe trufle zaczęły smakować jak krówki.

A „Colored Sands” to smaczna, aczkolwiek zbytnio ciągnąca się krówka. Absolutnie deathspellomegowa końcówka w „Absconders”, nieprzesterowane gitary w duchu eksperymentu norweskiego Virus („Le toits du monde”) – gdyby nie oś czasu, pogubiłbym się kto jest tu uczniem, a kto mistrzem, kto inspiruje kogo. Przestrzenna produkcja z dużą ilością pogłosu wespół z majestatycznymi riffami sprawiła, że materiał na „Colored Sands” zabrzmiał dojrzale i wręcz mistycznie jak na (wciąż) death metalowe wydawnictwo. Wpuszczenie większej ilości powietrza zaowocowało z jednej strony stworzeniem doskonałego podłoża do rozrostu klimatycznych, rozwleczonych riffów, które teraz brzmią miejscami jeszcze piękniej niż na „Obscura”, z drugiej zaś strony doprowadziło to do roztopienia w tym dostojeństwie czystej metalowej agresji.

Świadom swoich recenzenckich praw i obowiązków oraz tego, że mamy do czynienia z materią wymagającą większego zaangażowania czasu i zmysłów niż w przypadku płyt Devourment, słucham „Colored Sands” i zerkam na zegarek. A czas jakby dopiero co powstał i uwalniał się nieznośnie wolno z tych dźwięków. Nie opuszcza mnie przy tym myśl, że mógłbym w tym czasie przesłuchać 2,89 grindcorowych płyt, posprzątać w obejściu i zapewne wydoić krowę, gdybym takową posiadał (zawsze wydawało mi się to zajęciem niepoliczalnym czasowo). I tak zmagam się z przecudnie zwiewnym refrenem w „An Ocean of Wisdom” i hipnotyczną końcówką „Reduced to Silence”, z niepotrzebnym, rozpisanym na instrumenty smyczkowe „The Battle of Chamdo” i bezbarwnym, wypełnionym tysiącem zbędnych nut „Forgotten Arrows”, po którym jakby siła rażenia zespołu osłabła: majestatyczność przez swoją powtarzalność straciła na wielkości, a mistycyzm utopiono w morzu dźwięków.

Zabawa, porządek i mleko czy deathmetalowa mantra po muzycznym torze przeszkód? Myślę, że po chwilowej lewitacji na początku albumu moje ciało chce na ziemię, do obórki. Krowa i wiadro raz, proszę!

Kuba Kolan

Cztery i pół