GOLD – Optimist (Ván Records)

Gold, czyli 6-osobowy skład z położonej w depresji Holandii wydał właśnie pełną smutnych piosenek płytę „Optimist”. Szukam optymizmu na tym albumie i jakoś go nie znajduję. Raczej – apatia. Niby momentami robi się energetycznie, ale to wciąż jakby samochód próbujący się rozpędzić mimo zaciągniętego hamulca. Czyli nie do końca wykorzystany potencjał. Najmniej winiłbym instrumentalistów; najbardziej – wokalistkę. Ktoś powie – fajnie śpiewa, transowo, uzupełnia się z muzą. Ja powiem – nudno, bez charyzmy. I kto będzie miał rację?

O ile instrumentalnie mniej więcej wszystko się zgadza, to wokal odbierał mi radość z obcowania z „Optimist”. Brzmi jakby był nagrany na siłę, brak w nim mocy, a czy warsztatowo jest poprawnie to już mnie nie interesuje. Zupełnie nie ten typ wokalistki, co na przykład Elin Larsson ze szwedzkiego Blues Pills – pani Milena Eva nie ma w głosie tego, pozwolę sobie zapuścić na chwilę gęste wąsy, rockowego pazura. A jednak w paru miejscach ów pazur bardzo by się przydał, bo robi się monotonnie. Grupa nie proponuje niczego odkrywczego – ot, psychodeliczny rock z post-punkowym zacięciem, momentami nasuwający skojarzenia między innymi z Grave Pleasures (aka Beastmilk), chociaż brakuje hitów, a i atmosfera jest nieco mniej zimnofalowa; a z bardziej klasycznych rzeczy – Siouxsie and the Banshees. Aczkolwiek wiadomo – tak się ma Gold do Siouxsie, jak Orchid do Black Sabbath. Granie na emocjach i sentymentach wychodzi im sprawnie. Gitary opierają się głównie na rwanych, gitarowych kleksach, tudzież hałaśliwych, bardziej jednostajnych partiach – nie jestem do końca pewien, co miał na myśli Josh Homme mówiąc o swoim stylu gry jako o „tańcu robota”, ale wydaje mi się, że to określenie pasuje tutaj idealnie. I chociaż to jeden z najbardziej udanych aspektów tej płyty, najlepszy numer nie jest specjalnie gitarowy – mowa o „Teenage Lust”, mrocznym, oszczędnym i transowym utworze, który brzmi trochę jak Portishead próbujący grać rocka. Z drugiej strony, wyróżnia się także krótki, agresywny strzał w postaci „Be Good” – ze ścianą gitar i niemalże noise’owym zacięciem jest swego rodzaju wstępem do utrzymanego w podobnej atmosferze „Come With Me”, gdzie znajdziemy fragmenty post-black metalowego, w odpowiedniej skali oczywiście, riffowania. Tak więc podobają mi się te najbardziej radykalne rozwiązania – kawałki po środku robią mi trochę mniej. Np. „Summer Thunder” to przykład numeru bezjajecznego. Długo się rozkręca, a jak już się rozkręca to nie dostaje w zasadzie niczego specjalnego – trochę brzmi jak rozciągnięty na siłę. Podobny zarzut można wysunąć wobec otwieracza, czyli „You Too Must Die”.GOLD_Optimist_band_photo

Tak więc mamy kolejną retro kapelę z damskim wokalem. „Optimist” to płyta nierówna, ale ma swoje momenty i warto dać jej szansę. Tymczasem wystawiam mocną tróję z plusem i nadziejami na wyższe oceny w przyszłości.

Paweł Drabarek

Trzy i pół