GOJIRA – Magma (Roadrunner)

Metal zapędził się w ciemną uliczkę, to jest pewne. Przez lata ewolucji, zmian i niecnych kolaboracji, z jednej strony oddalił się od korzeni, z drugiej w jakiś niewytłumaczalny sposób trzyma się ich, zamykając sobie drogę rozwoju. Najlepsze jest to, że i ortodoksi, i fani rewolucyjnych zmian są przekonani, że to ich opcja jest przyszłością ciężkiej muzyki. Kto ma rację? Zważywszy na to co dzieje się na scenie metalowej – trudno o trafną odpowiedź. Dużo łatwiej stwierdzić, że coraz mniej jest płyt, które są w stanie wywrócić świat do góry nogami. Wprawdzie zespoły prężą się usiłując wymyślić drugi Czarny Album, dziesiąty „Focus” albo jedenaste „Roots”, jednak w rzeczywistości szanse na to by świat zamarł z zachwytu są nikłe. Nie piszę tego, by za chwilę westchnąć ze smutkiem, że Gojira właśnie w taki nurt się wpisuje. Bo faktycznie… wpisuje się, szuka i prężny muskuły, tyle, że w odróżnieniu od setek innych zespołów, udało im się wreszcie przebić stworzony styl, otrząsnąć i przedefiniować własną muzykę. Jasne, że nie są to zmiany, po których nie poznamy tego składu, jednak Francuzi – nawet w kontekście swojej jakże rewelacyjnej sceny black metalowej – zrobili sporą woltę, przewietrzając   zalatującą już padliną muzykę, dodając parę elementów z zachowaniem własnej nonszalancji. Wyszedł z tego na pewno najciekawszy album w ich karierze, być może jeden z najlepszych w tym roku i w mniejszym stopniu taki, który zmieni układ sił na światowym polu muzyki. Pomijam tu smutne kulisy, bo nie chce mi się obrabiać rodzinnej tragedii, która miała rzekomo wpływ na taki a nie inny, wisielczy klimat muzyki. Gratulując im odwagi, nieśmiało tylko dodaję, że składniki są znane, ale skoro tak dobrze nimi żonglują, może warto posunąć się jeszcze dalej? O tym i o innych aspektach gojirowej układanki dyskutowaliśmy z kolegą Pawłem…

Paweł: Nie słyszałem jeszcze na temat „Magmy” ani jednej negatywnej opinii. Moja też taka nie będzie, chociaż kompletnie na ten album nie czekałem, bo krążki po „From Mars To Sirius” to dla mnie hamburger totalny – no, taka fast foodowa muyzka. Wyszła im płyta wybitna?

Arek: Na pytanie czy wyszła płyta wybitna odpowiemy za czas jakiś, kiedy ucichnie harmider. Na razie można powiedzieć – w pewnym sensie z przekąsem – że udało się zabłysnąć Francuzom dlatego, że dość szeroko… odeszli od typowego, metalowego łojenia. Czy to nie dziwne, że zaskakują nas płyty, które z typowym metalem przestają mieć cokolwiek wspólnego?

Paweł: Ja myślę, że wszyscy, nawet ci najwięksi ortodoksi, tak w głębi duszy lubią być zaskakiwani. Gojira dobrze zrobiła, że wyłamała się z pewnej konwencji. Ciągnięcie tego, co grali na dwóch poprzednich płytach nie miało większego sensu – trafili w ślepą uliczkę, ale jakoś udało im się z niej wydostać.

Arek: Może nie miało większego sensu, ale szacunek za to, że mieli jaja żeby się trochę przebudować i na nowo przemyśleć swoją muzykę. Niestety, bardzo często jesteśmy świadkami (ot, chociażby ostatni Volbeat…), że przywiązanie do formuły, która przyniosła sukces może stać się kulą u nogi i początkiem upadku. Bracia Duplantier zaryzykowali i choć w kontekście i tak słabnącej sprzedaży poprzednich krążków, było to igranie z ogniem – udało się. Poza tym, ważna sprawa – nagrywając „Magmę”, mają szansę przemówić do zupełnie nowego grona odbiorców. Zatem – dużo było chyba myślenia przed nagraniem tej płyty.

Paweł: Kolejny kiepski krążek mógł spowodować, że ludzie położą na nich kreskę. Wiadomo, że ci najbardziej oddani fani nadal chodziliby na koncerty i kupowali płyty, ale w szerszej świadomości istnieli by trochę mniej. No, ale nie ma co gdybać – nagrali całkiem fajną płytę. Sporo ciekawych inspiracji tu słyszę. Weźmy choćby otwieracz, „The Shooting Star” – przecież to, proszę pana, Killing Joke pełną gębą! No, słychać tam też gdzieniegdzie Mastodon, ale ogólny klimat jest właśnie taki post-apokaliptyczny, a Duplantier śpiewa jak Coleman.Band

Arek: Fakt, Mastodona słychać, Killing Joke w klimacie też. Mnie zaś najbardziej przypadły do gustu te ewidentnie post metalowe zajawki w postaci smutnego „Low Lands” i niemal eksperymentalnych „Liberation” i „Yellow Stone”. Tu faktycznie słychać, że nie bali się otworzyć na zupełnie inny sposób komponowania, choć te numery raczej do koncertowego setu nie wejdą. Słyszę w tej muzyce wyraźna walkę, między naturą typowych metalowców, co chcą „jechać” podwójną stopą, i grzmocić mocarnie, a naturą eksperymentatorów. Jeszcze ta druga nie przeważa, ale kto wie. Fajnie wypada też np. „Only Pain”, gdzie zespół bardzo sprawnie balansuje aranżem, przechodząc od metalowej młócki do bardziej lirycznej końcówki. To duża sztuka, by aranżować utwory tak, by nie sprawiały wrażenia poklejonych fragmentów różnych bajek. Tak czy inaczej – to pierwsza od dawna płyta z tzw „metalem”, którą jestem w stanie wysłuchać w całości.

Paweł: To ciekawe. A jaka była poprzednia?

Arek: Chyba Blaze of Perdition. Niby metal pełną gębą, ale było w tym coś niepokojącego, wytrącającego z równowagi. Jest niby dużo dobrych płyt, jednak w wielu przypadkach, po dwóch – trzech numerach, zwyczajnie mi się odechciewało. A w przypadku Gojira, ciekawiło mnie co będzie dalej. Choć – tego nie mam zamiaru ukrywać – te wszystkie zastosowane przez nich na „Magma” patenty, są i tak powszechnie znane i jedynie w kontekście samego zespołu trochę zaskakują. O, po prostu przekleństwo eklektycznych czasów…

Paweł: No jasne, oni nie odkrywają Ameryki. O żadnym wizjonerstwie nie może być mowy. „Terra Incognita” to był spory powiew świeżości („The Link” w sumie też), ale potem się okazało, że tych pomysłów trochę brakuje. Może być tak, że ten album będzie początkiem nowej ery dla Francuzów – ery, w której grali będą niekoniecznie metal. Coś jak z Mastodon, z tym że w ich przypadku te eksperymenty poszły po prostu w kierunku piosenek. Gojira idzie raczej w innym kierunku, chociaż takich ładnych melodii to chyba jeszcze nie mieli. A jak już tak zestawiam ich z tym Mastodon, no to u Francuzów brakuje mi tej nutki szaleństwa… To o czym mówiłeś – sporo myślenia było przed nagraniem tej płyty. Myślę, że było ich stać na zrobienie czegoś jeszcze mniej konwencjonalnego, a znacznie bardziej odjechanego, ale zabrakło odwagi.

Arek: Dokładnie. To jednak duży zespół, z kontraktem i zobowiązaniami, więc poruszał się w takiej przestrzeni. Poza tym, pamiętaj, że to band przede wszystkim koncertowy. Trudno, żeby nagle postawił na czysty eksperyment, bo kto machałby łbem w klubach. A przecież to właśnie te groovy fragmenty są tu najważniejsze i nimi zespół kupuje głosy gawiedzi. Choć, oczywiście, kopara na podłodze byłaby, gdyby się okazało, że poszli na całość. Ale to wydarzy się dopiero w momencie, kiedy uwolnią się od kontraktu i przestanie im zależeć na w miarę regularnej pracy, jaką teraz jest przecież Gojira. Tylko – w jaką stronę mieliby pójść. Oto jest pytanie…

Paweł: Fakt, musieliby postawić wszystko na jedną kartę – na pierwszych albumach mogli robić co chcieli, bo nie mieli nic do stracenia – teraz mają sporo. A w jakim kierunku pójdą? Na „Magmie” coraz odważniej romansują – o czym wspomniałeś – z post – metalem. Może to jest to?

Arek: Tyle, że – niestety! – post metal dzisiaj sam sobie zjada ogon, więc pakowanie się w taka szufladkę będzie przysłowiowym skokiem z deszczu pod rynnę…

Paweł: Nie no, ja nie mówię, że oni mają się w kolejne ramki na siłę wpychać. Ale może potrafiliby podejść do tematu ze świeżym spojrzeniem i wnieść coś nowego? Chodzi o to, aby grać tak, żeby nie dało się tego zaszufladkować, albo żeby było to praktycznie niemożliwe. Kiedyś wydawało się, że Gojira może być tym zespołem, który zrewolucjonizuje metal i wstąpi do panteonu największych – do tej pory się nie udało, ale może teraz przeżywają drugą młodość?Gojira

Arek: Przeżywają drugą młodość to na pewno. Odświeżenie formuły jest. Fajne numery są. Ale nie ma w tym szaleństwa i nieprzewidywalności. No i te banały w tekstach mogą ciut drażnić. Zmieniając siebie, zmieniasz świat, ble, ble, ble… Ale kto tam czyta teksty. Tu ma być groove co wyrwie z butów i trochę gitarowego hałasu. Pytanie jak pogodzić koncertowy wizerunek z jeszcze bardziej posuniętymi zmianami na płytach. Jak już mówiłem – te najbardziej radykalne eksperymenty z płyty na koncertach nie przejdą. Więc może… jesteśmy świadkami szczytu jeśli chodzi o zmiany?

Paweł: To byłoby smutne – no bo teraz co? Równia pochyła? Nie chciałbym, aby znowu zaczęli grać bezpłciową muzykę, jak to robili na dwóch poprzednich płytach. Pożyjemy, zobaczymy. A co do tekstów – pisał je Morrison, Dylan albo Neil Young, Duplantier to co najwyżej skleca te zdania tak, aby pasowały do warstwy, że tak się wyrażę, instrumentalnej. Ile jest kapel, które mają dobrze napisane teksty? Nie oszukujmy się, w tej muzyce nie są one najważniejsze. To hip-hop jest teraz od tego, aby robić tzw. przekaz. Tak mi się wydaje.

Arek: Fakt, chociaż trochę „poetów” tu i ówdzie by się znalazło. Ale wiadomo – metal ma walić po ryju. Tyle, że… ciekawie może być dopiero, kiedy ów metal metalem być przestanie. A wracając do meritum: Gojira nagrała na ten momenty swoja najlepszą płytę, udowadniając, że można wyjść z impasu. A czy to tylko małe drgnięcie, czy wielki finał, okaże się pewnie za jakieś dwa lata…

Paweł: Czekamy zatem. A na razie cieszmy się tym, co jest. Ja do „Magmy” pewnie jeszcze nie raz wrócę.

Arek: Ja też, bo to dobry zespół, który potrafi z metalu wyrugować drażniącą mnie zazwyczaj przaśność. Niech sobie grają i może, jak znajdą chwilę, zajrzą na francuskie, black metalowe poletko. Tam odkryją na pewno ciekawe inspiracje (śmiech…).

Rozmawiali: Paweł Drabarek i Arek Lerch