GOJIRA – L’enfant Sauvage (Roadrunner)

Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki, jak miał powiedzieć Heraklit. Niektórzy kierowani pokusą poczynienia oszczędności lub brakiem szczególnego wyczulenia na problematykę higieny osobistej podważali tą teorię filozofii przyrody, podejmując empirycznie skuteczne próby kąpieli w domowych zbiornikach wodnych, w cieczy już raz użytej przez innego osobnika. Czyli jednak „podobna”, przynajmniej w skali mikro. Jakkolwiek wypaczając w tym miejscu sens samej idei zmienności przyrody, z nieznanych mi bliżej powodów „L’enfant sauvage” pokazuje, że wodę w rzece można zatrzymać, z tą tylko niedogodnością, że kąpiel to w Gangesie wśród własnych, wcześniej wyprodukowanych a psujących się dzisiaj dźwięków, nie zaś ożywczej, czystej materii napędzającej zespół jeszcze kilka lat temu.

Wyłoniwszy się z nieznanej masom kipieli w epickiej i różnorodnej „From Mars To Sirius”, oblepieni gdzieniegdzie planktonem meshuggis morbidum angelus, spłukali tenże w porażająco zwartym, przemyślanym, stylistycznie i koncepcyjnie spójnym (choć może przydługim) „The Way of All Flesh”. Miast dalej płynąć na głębokie, nieznane innym wody, jak zwykle czynią to wszystkie Godzille, które w danej chwili nie atakują jakiegoś portowego miasta,  zażyli kąpieli w mętnej od własnych zapożyczeń wodzie. Trudno powiedzieć czy zapchało się koryto rzeki, a zespół nic z tym nie zrobił, uznając ów proces (nieunikniona powtarzalność?) za naturalny, czy też świadomie postawił na rzece tamę, stawiając na sprawdzoną wcześniej formułę.

Mamy więc nurkowanie głębinowe, gdzie zespół bardzo stara się przebić swoje dokonania na polu gry kombinacyjnej. Techniczne granie przeplata jeszcze bardziej technicznymi wprawkami, co sprawia wrażenie sztuczności, przekombinowania. Zdecydowana większość riffów na płycie stanowi patenty wcześniej doskonale znane, czytaj: wyeksploatowane na poprzednich płytach zespołu, tu wrzucane na siłę. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zespół nie ma muzycznie nic więcej do powiedzenia poza pokazaniem, że potrafi grać na instrumentach.
Skoki z wysokości. Tu trampolinę obniżono. Na każdej z płyt Gojira dodawała do swojej wizji muzyki nowe elementy. Nie stanowiło dla zespołu większego problemu zagrać cały „Oroborus” techniką tappingu, czy zdominować „Vacuity” marszowym minimalizmem. Gojira robiła co chciała i jak chciała, ziejąc świeżością i pasją. Połączenie tekstu i muzyki w „Where Dragons Dwell” z płyty „From Mars To Sirius” zapiera dech i niszczy kompletnie jakikolwiek wybrany fragment „Dzikiego dziecka”: „I met the dragon In a cave by the mountain Now I bring the evidence The beast is alive”.

Brak innowacyjności i schematyzm nie stanowiłyby większego problemu, gdyby zespół zaproponował świetne kompozycje. A tu nie ma specjalnie na czym zawiesić ucha. Owszem, jest singlowy „L’enfant sauvage” z niezwykle chwytliwą zwrotką, czy „Mouth of Kala”, gdzie chłopaki pokazują, że mają papiery na pierwszoligowe, metalowe granie, ale to ciągle za mało w zamian za 4 lata oczekiwania na nową płytę jednego z najważniejszych pionierów nowego, metalowego grania. Wiedząc, że styl Gojira musi kiedyś okrzepnąć, liczyłem jednak, że nie nastąpi to jeszcze teraz (piąta płyta, o naiwności!) i w tak zachowawczej formie. Mógłbym zachwycać się fantastycznie głębokim, melodyjnym growlingiem Joe Duplantiera czy precyzyjną do bólu sekcją rytmiczną, ale to standard, o którym na tym etapie działalności zespołu nie wypada już pisać. Życzę tym zdolnym Francuzom, aby na dnie rzeki znaleźli jednego z tych swoich latających wielorybów, który wskrzesi w nich twórcze emocje towarzyszące poprzednim sesjom nagraniowym. A niech to! Przecież panta rhei… jego tam już nie będzie.

Kuba Kolan