GOD IS AN ASTRONAUT – Origins (Revive Records)

Muzyka ma kusić, przyciągać uwagę i zniewalać słuchacza – to cele nadrzędne, pomijam w tym miejscu jej rolę czysto użytkową, bo nie o „granie do kotleta” nam chodzi. Artyści imają się różnych sposobów by osiągnąć ów cel. W kontekście powyższych słów tworzenie instrumentalnego post rocka powinno być z góry skazane na porażkę, tymczasem scena ma się całkiem nieźle. Szczególnie, że cechuje ją skłonność od ciągłej ewolucji, czego dobrym przykładem jest szósta już, duża płyta irlandzkiego God Is An Astronaut.

Wykonywanie takiej muzyki to upierdliwa sprawa – nie ma frontmana, co przykuje uwagę widza/słuchacza, nie ma atrakcyjnych refrenów, zespół musi zatem dwoić się i troić, żeby coś zdziałać. W dodatku współczesny, zabiegany i znerwicowany słuchacz od razu chce dostać wszystko na tacy, tak by nie musiał zbytnio się wysilać. God Is An Astronaut zdaje sobie z tego sprawę, dlatego stawia na formalne zróżnicowanie przy w miarę prostych a miejscami nawet chwytliwych tematach – na najnowszej płycie zabiera słuchacza na ciekawą wycieczkę w interesujące dźwiękowo rejony. Najważniejszą zaletą „Origins” jest paleta barw stosowana przez zespół. W zasadzie nie każdy utwór został zbudowany na innym pomyśle – jest sporo transu, hipnotycznych zagrywek („The Last March” czy „Transmissions”), zespół nie boi się często wysuwać na prowadzenie klawiszowych przestrzeni („Strange Steps”), które momentami brzmią bardzo jesiennie (smętny „Autumn Song”, pełen rozmachu „Reverse World” czy ambientowy „Weightless”). Gdzieś tam pojawia się lekko gotycka maniera, nawiązująca do spuścizny późnego The Cure („Spiral Code”), a kiedy trzeba, grupa potrafi zagrać chwytliwie i dynamicznie („Red Moon Lagon” i najlepszy na płycie, nawiązujący do maniery Mastodon „Calistoga”). Dzięki takiemu rozstrzałowi zespół solidnie pracuje na zainteresowanie i może też spokojnie eksperymentować. W przypadku „Origins” chodzi przede wszystkim o zabawy brzmieniami i nastrojami poszczególnych numerów. Słuchając tej płyty bardziej niż na kompozycje, zwraca się uwagę na tło, faktury, klimat. To one stanowią o sile tej muzyki, wciągając w dziwny i mroczny świat. Bałbym się nazwać „Origins” płytą ponurą, choć faktycznie dominują tu raczej ciemniejsze kolory i melancholijna atmosfera. Zespół nigdzie się nie spieszy, wolno przemierzając swój czas, w czym bardzo przypomina mi świetną grupę Alchemist, po której wyraźnie przejmuje schedę, szczególnie ze względu na bardzo stylowe, umiejętne operowanie elektroniką. Inna sprawa, że użycie klawiatur jest bardzo, że tak to ujmę, nieoczywiste… W niektórych momentach słychać też, że God Is An Astronaut uważnie przygląda się temu, co dzieje się w światowej muzyce, dlatego można wyłowić typowe dla indie rockowych wykonawców wykorzystanie dynamiki i sposobu budowania kompozycji. Płyta została ciekawie zmiksowana, z dużą dbałością o pozostawienie odpowiedniego marginesu brudu i pozornej niedbałości, dodającej muzyce naturalnego feelingu.

Opisywana tu płyta pokazuje także ewolucję grupy, od stosującej dużo bardziej oczywiste i gitarowe środki po dzień dzisiejszy, kiedy rządzi niedookreślony sposób tworzenia harmonii a muzyczny kurz i wyczuwalny, shoegaze’owy introwertyzm mogą zrobić z God… współczesną odpowiedź na kultowców z My Bloody Valentine. Nie jest to jednocześnie w żaden sposób płyta wybitna, czy zmieniająca układ sił na scenie post rocka. Po prostu solidny i na szczęście niejednoznaczny element muzycznej układanki.

Arek Lerch

Cztery