GOD DAMN – Vultures (One Little Indian/Mystic)

Trudno uznać God Damn za coś więcej niż efemerydę, która na brytyjskiej scenie pojawia się i szybko zniknie. Ale jeśli nawet miałaby zniknąć, fajnie, że zostawi taki album jak „Vultures”. Album, który do wyspiarskiej muzyki pasuje niczym pięść do oka. Czyli burzy mój wymuskany obraz brit popu i indie, który ostatnio staram się beznadziejnie hołubić. Panom (duetowi, żeby być dokładnym…) sugerowałbym raczej, żeby spakowali gary i wzmacniacz i udali się na dobrowolne zesłanie do Seattle.

Po cóż? Może po to, by zawitać do bram wytwórni Sub Pop i poprosić o przyjęcie pod ich skrzydła, bo tam, w Metz czy Strange Wilds, żeby daleko nie szukać, znajdą idealnych kompanów do rozpierduchy. Muzyczna mikstura duetu to ogólnie rzecz ujmując garażowy, wściekły i rozchełstany rock z dużym ukłonem w stronę wczesno-grunge’owej gęstości brzmienia pierwszych płyt stutonowego TAD (chociażby „The Cut”). Do tego dorzućmy trochę niemal-noise’u, ustawmy na fundamencie całkiem sensownie, z dużym groovem bitych bębnów i mamy gotowy przepis na ból głowy. Wokalista drze się jakby ktoś darł mu pasy z pleców, wkurwione, punkowe oblicze ujawnia skłonności do dźwiękowego sadyzmu.

Tak po prawdzie, jest God Damn idealnym zespołem na momenty wkurzenia czy frustracji. Jak wiadomo, dwa minusy dają plus, zatem zderzenie naszej złości z szałem „Vultures” daje w efekcie idealne rozładowanie napięcia. Ale, żeby nie było aż tak prosto, gdzieś pod koniec płyty zespół zaczyna ujawniać skłonności do romantyzmu. Bo jak inaczej nazwać – i tu znajdziemy chyba jedyny, typowo brytyjski akcent tej płyty – beatlesowskie w harmonii, prawie akustyczne wynurzenia w „Sullen Fun” czy „Skeletons”, choć w tym ostatnim występują też paradoksalnie najbardziej przytłaczające przestery, jakie można znaleźć na płycie. Zastanawiam się, czy umieszczenie tych elementów na samym końcu płyty było dobrym pomysłem, bo mam wrażenie, że zespół wstydzi się pokazywać miękkie podbrzusze, a wstawienie tych kawałków gdzieś w środek dodałoby płycie symetrii.GD band

Nie będzie „Vultures” albumem roku, ale też nie chciałbym bagatelizować płyty, bo muzyka ma potencjał, nawet w tych mocniejszych momentach, czego dobrym przykładem jest okraszony garażowym teledyskiem kawałek „When The Wind Blows”. Może pierwszy kontakt z muzyką tego zespołu do miłych nie należy, ale w sumie życzę im, żeby grali dalej, znaleźli basistę ( o co chodzi z tymi duetami?!) i nagrali bardziej wyrachowaną płytę. Niech nie tracą jedynie szczeniackiej wściekłości, bo jest im z nią całkiem do twarzy…

Arek Lerch

Trzy i pół