GOATWHORE – Blood for the Master (Metal Blade)

Bardzo lubię mistycyzm roztaczający się wokół zatęchłych bagnisk Luizjany. Wszelkiego typu filmy, zarówno dokumentalne jak i fabularne, kręcące się wokół tego zapomnianego przez Obamę stanu wywołują u mnie niezdrową fascynację. Podobnie muzyka. Począwszy od Nicka Cave’a, który – choć nigdy w Luizjanie nie mieszkał – w swoich pieśniach potrafił oddać wisielczą aurę miejsca, skończywszy na ponurych sludge metalowcach z DOWN na czele. Trudno dziwić się, że poniżej pojawiło się kilka słów odnośnie kolejnej, znanej tu i ówdzie załogi z Nowego Orleanu. Wprawdzie z rozjechanym sludge ekipa Sammy’ego Dueta ma coraz mniej (a może już nic…) wspólnego, nadal jednak warto sięgnąć po ich dokonania.


 

Nowa płyta godna jest uwagi chociażby z powodu zajebistej okładki. Nawet nie wiem dlaczego, bo to przecież banalny graficznie obrazek. Chodzi o pomysł, pewną dozę herezji i symboliczny wydźwięk. Do tego dochodzi prosta kreska, oszczędne kolory i mamy jedną z fajniejszych okładek, jakie zdobiły metalowe płyty. Z samą muzyką nie jest już tak entuzjastycznie. Dałem się swego czasu porwać krążkom „A Haunting Curse” i „Carving out of the Eyes of God”, jednak najnowsze dzieło już zdecydowanie stawia Goatwhore po jednej, ciemnej stronie. Zespół jakby zapominając, skąd pochodzi, składa na „Blood for the Master” głęboki ukłon tradycyjnemu, norweskiemu black metalowi. W zasadzie wszystko jest tej idei podporządkowane. Piekielne tempa, charakterystyczne, surowe riffy i proste w sumie aranże. Większość kawałków to najeżone blastami peany na cześć ciemności. „Collapse In Eternal Worth”, „Beyond the Spell of Dicontent” czy „My Name is Frightful Among the Believers” to hity czarnej sztuki, w każdym wymiarze. Oczywiście, znajdziemy tu i odstępstwa, w postaci chociażby transowo – bagiennego „In Deathless Tradition”, d – beat’owego „When Steel and Bone Meet” czy nasączonego thrash’em „An End to Nothing”. Każde odstępstwo i tak nosi piętno black metalowej zarazy. Surowa riffownia nie pozwala o tym zapomnieć. W ten sposób Amerykanie z Luizjany nagrali najbardziej europejski album w swojej historii. Problem w tym, czy takie oblicze zespołu może się podobać? Osobiście brakuje mi tu nieco tej sludge’owej, zatęchłej atmosfery, jakiegoś rozlazłego, złego klimatu. Muzyka na „Blood…” jest dla mnie zbyt zdyscyplinowana jak na tych muzyków i zbyt prosta, żeby owo zdyscyplinowanie podciągnąć pod techniczny kunszt.

Cała płyta pozbawiona jest ozdobników, każdy instrument ma tu swoją oszczędną, dokładnie wyznaczoną ścieżkę. W zasadzie można powiedzieć, że muzyka trochę odpycha, bo jest w dziwny sposób wyniosła czy zdystansowana. A może właśnie o to chodziło? Ja w każdym razie nie mogę się z nią do końca identyfikować, bo cały czas mam wrażenie, że ekipa chce koniecznie zmyć z siebie jakiekolwiek ślady regionalnej przynależności. Zamiast intrygującego połączenia sludge z metalem, mamy czystej wody norweski, black’owy wyziew. Bałbym się nazwać ten materiał wyrobem czekoladopodobnym, bo wiem, że Sammy jest mocno w swoją muzykę zaangażowany. Lekki niesmak gdzieś tam jednak pozostaje.

Arek Lerch 3,5