GOAT – Requiem (Sub Pop)

Szwedzcy szamani powrócili z nową płytą, kolejny raz bawiąc nas miksem world music, voodoo i kolorowych, hałaśliwych zabawek z różnych stron, ściągniętych do afrykańskiej wioski. Czyli nic się nie zmieniło. Szkoda tylko, że trochę zgubili trop po doskonałym albumie Commune.

W recenzji poprzedniej płyty zastanawiałem się, jak długo Szwedzi pojadą na tym swoim patencie. Bo takie wynalazki bardzo szybko ulegają przeterminowaniu. Że niby komuna, że voodoo, że Afryka, kolorowe ciuchy, maski na twarzach i wspomnienia po gorącym lecie 1969 roku. No i może nie wykrakałem, ale fakty są nieubłagane – nowa płyta nie robi już takiego wrażenia jak poprzedniczka. Oglądam się na boki i czuję, że krążek przechodzi trochę bez echa. W zasadzie od października pojawiła się bodajże jedna, mała recenzja w Kulturce i to chyba wszystko, o ile mnie wzrok nie myli. Oczywiście, natłok nowości i doskonałej muzyki jest olbrzymi, jednak w 2014 nie było przecież źle a “Commune” zdecydowanie bardziej zarządziła. Czego brakuje? Ano, zapewne lekkiej premedytacji.goat-requiem-4-fx

Tym razem muzycy postanowili do perfekcji doprowadzić swój patent na rytualne, psychodeliczne loty. No i jest na bogato. Są świetne perkusjonalia. Jest milion egzotycznych instrumentów, przeszkadzajek, fletni pana, marimby i całej reszty, której nazwać nie jestem w stanie. No i przyprawia muzyka o ból głowy. Ile się tu dzieje… Afryka wyłania się z mgły (“I Sing In Silence” czy hippisowski “Alarms”), rytm złożony z wielu elementów cieszy uszy (“Temple Rhythms”), jest funk zaprzęgnięty do szamańskich obrzędów (“Try My Robe”, “Torouble in the Streets”), zespół nadal ma dużo do powiedzenia w temacie psychodelii (“Goatband”)  i bawi się niemal w improwizowane harce (“Goatfuzz”). Muzyka brzmi jak wielki jam, odprawiany przez Goat w palącym słońcu Czarnego Lądu. To niezwykle kolorowa muzyka, którą trzeba smakować niczym hipisowski trip, zapaść się w nią i odlecieć, wtedy jest dobrze. Problem w tym, że po lekturze płyty zrozumiałem, że brakuje mi wyrachowania, ale i surowości “Commune”, które powodowały, że ten cały pstry, hałaśliwy gwar, jaki generuje zespół, w wielu momentach był podporządkowany piosence, dlatego udało się stworzyć tak miażdżące songi jak “Talk To God” czy “The Light Within”. Na “Requiem” zespół chyba świadomie robi krok w tył, znowu chowając się w swojej komunie i grając dla wybranych. Można przyjąć, że to naturalny ruch po, bądź co bądź, bardziej przystępnym krążku, a może po prostu nie udało się wymyślić wystarczająco chwytliwych tematów?

Tak czy inaczej, to ciekawa płyta, na której odkryjemy dużo dobrej muzyki, świetnych pomysłów i hipnotyzującej atmosfery, ale czy „Requiem” zagości w zestawieniach najlepszych albumów mijającego roku? Moim zdaniem nie i choć do zespołu nadal mam szacunek, jednak z większą przyjemnością wracam do “Commune”. Tym razem od oceny się dystansuję…

Arek Lerch

Zdjęcie: Andreas Johansson